Mirosław Salwowski
msza.net
Bokserzy - sportowcy czy neogladiatorzy? 12.11.2005

              Stanowcze i zdecydowane odrzucenie boksu zawodowego, jako będącego nie do pogodzenia z zasadami moralności chrześcijańskiej, ukazało się ostatnio na łamach prowadzonego przez Towarzystwo Jezusowe pisma "La Civilita Cattolica". Być może sprawa nie warta byłaby większej uwagi, gdyby nie ranga i prestiż gazety, w której potępiono zawodowy boks. "La Civilita Cattolica" zostało założone jeszcze przez bł. Piusa IX i od tej pory uchodzi  za nieoficjalny organ Stolicy Apostolskiej. Warto nadmienić, iż ukazujące się tam teksty przed drukiem są cenzurowane przez Kongregację ds. Nauki Wiary. Z tych powodów dobrze zapoznać się z istotą zawodowego boksu, oraz z argumentami, jakie przeciw temu sportowi, podsuwa katolicka doktryna moralna.

                                  "Zalegalizowane morderstwo"

                 Integralnym elementem boksu zawodowego jest poważne narażanie własnego i czyjegoś zdrowia, a czasami też życia. Zasady tego sportu polegają na zadawaniu silnych ciosów w głowę i tułów przeciwnika. Wygra ten, kto mocniej i trafniej uderzy swego rywala. Im zawodnicy są silniejsi i sprawniejsi, tym bardziej rośnie ryzyko odniesienia przez nich poważnych ran. Boksu zawodowego nie da się też oddzielić od ducha agresji. O ile prywatnie, bokserzy mogą się lubić i cenić, o tyle na ringu, aby wygrać, muszą mocno pragnąć wyrządzić sobie szkodę. Im więcej dotkliwych obrażeń zada się swemu rywalowi, tym większa gwarancja sukcesu. Niczym dziwnym nie jest więc to, iż trwały uszczerbek na zdrowiu stanowi nieodłączną przypadłość tych, którzy przez dłuższy czas zajmowali się boksem. Cechą charakterystyczną zawodowych bokserów jest mocno poobijana twarz, a zwłaszcza rozpłaszczony wielokrotnymi uderzeniami pięści nos. Regularne przyjmowanie ciosów na swą głowę, zawsze owocuje też uszkodzeniami mózgu.

               Boks zawodowy nie może być także wolny od mniejszego bądź większego prawdopodobieństwa  śmierci. Wyzwolona na ringu agresja i chęć zadania swemu przeciwnikowi ran, sprawia, iż chwilowo mogą nawet dojść do głosu mordercze skłonności. Taki, panujący pomiędzy bokserami nastrój, wyczuwalny jest przez publiczność, co widać po niejednokrotnie wznoszonych przez nią okrzykach typu: "Zabij go! Zabij go!". Nie wspominamy tu już o innych standardowo skandowanych przy zawodach bokserskich hasłach w rodzaju: "Rozwal mu szczękę!", albo "Przywal mu, żeby nie wstał!". Jeszcze inną sprawą jest fakt, iż często to widownia tak mocno podsyca agresję zawodników, że rodzi w nich się chęć pozabijania się nawzajem. Wszystko to znajduje swoje odzwierciedlenie w statystykach. W ubiegłym wieku boks zawodowy pochłonął ponad 500 ofiar śmiertelnych. Nie sposób więc uciec od konkluzji, iż ta dziedzina sportu nierozdzielnie związana jest z ryzykiem, że jeden z walczących stanie się mordercą.  Jeden z długoletnich działaczy bokserskich oznajmił wprost, iż boks stanowi "formę zalegalizowanego morderstwa" i dlatego powinien być zakazany przez prawo.        

               Ostatnią, ale zapewne najistotniejszą cechą boksu zawodowego jest to, iż agresja, brutalność, zadawanie ran, a niekiedy również śmierci, jest tu potraktowane jako dobra rozrywka dla widowni, coś co ma dostarczać ludziom uciechy i wrażeń. Ból, cierpienie i szkody zadawane bliźniemu na ciele, tracą tu swe znaczenie i powagę, a stają się medialną błyskotką mającą przynosić duże zyski pieniężne.

                                 Nowoczesne walki gladiatorów

               Właśnie z zarysowanych wyżej powodów bardzo łatwo jest udowodnić, jak mocno zawodowe uprawianie boksu kłóci się z tradycyjnymi zasadami moralności chrześcijańskiej. Po pierwsze: życie i zdrowie są zbyt cennymi darami, jakie otrzymaliśmy od Stwórcy, abyśmy mogli je, z byle powodu, narażać na szwank. Oczywiście nie są to wartości najwyższe, dlatego też mamy prawo (a czasami też obowiązek) narażać je dla ważniejszych celów i dóbr. Musi jednak istnieć odpowiednio istotna przyczyna, abyśmy mogli wystawić nasze życie i zdrowie na niebezpieczeństwo. Bez wątpienia, najważniejszą taką przesłanką jest chęć uniknięcia grzechu. Nadprzyrodzone życie łaski, więź z Panem Jezusem, są nieporównywalnie cenniejsze, aniżeli wszelkie dobra doczesne. Dlatego też lepiej jest stracić zdrowie, albo i życie nawet, aniżeli dopuścić się choćby jednego grzechu powszedniego. Najmniejszy bowiem grzech jest gorszy od eksplozji 1000 bomb atomowych. Innymi ważnymi przyczynami, dla których warto jest poświęcać własne zdrowie i życie są niesienie pomocy chorym  słabym, bezbronnym, etc. Nie sposób jednak, przypasować do tych kryteriów chęci zarabiania pieniędzy, zyskania sławy, a tym bardziej, dania uciechy publice. Kto dla takich powodów igra z własnym (i czyimś) zdrowiem oraz życiem, ten depcze V przykazanie Dekalogu.

                Podobnie sprawa wygląda z używaniem siły fizycznej (która związana jest ze zranieniem lub okaleczeniem kogoś) względem naszych bliźnich. Nigdy nie wolno stosować jej nam wobec niewinnych. Poza tym jednak, może istnieć szereg okoliczności, w których posługiwanie się siłą, może być nie tylko dozwolone, ale i chwalebne. Tak też, można stosować siłę w obronie niewinnych i bezbronnych przed niesprawiedliwą agresją, dla ukarania grzechu, wobec żołnierzy biorących udział w niesprawiedliwej wojnie. Nijak jednak, wszystkie te ważne przesłanki, mają się do zawodowego boksu. Czy pełne konto bankowe, pochwalne nagłówki w prasie oraz  entuzjazm widzów, może uprawomocnić okładanie kogoś pięściami i zadawanie mu w ten sposób dotkliwych ran? Fakt, iż wielu nie dostrzega w ogóle tego problemu, albo, wręcz jest gotowa odpowiedzieć twierdząco na postawione wyżej pytanie, dobitnie świadczy o barbarzyńskim poziomie naszej kultury.

              W przeszłości chrześcijaństwo borykało się z problemami, które w swej istocie, były bardzo zbliżone do tego, z czym do czynienia mamy w boksie zawodowym. Głęboko świadomość, iż ludzkie życie oraz zdrowie, nie może być igraszką dla spragnionego zabawy tłumu, sprawiła, że starożytni chrześcijanie ze wstrętem odnosili się do współczesnych im krwawych walk gladiatorów. Magisterium Kościoła zawsze i wszędzie potępiało też pojedynki. Sobór Trydencki np. nazwał ów zwyczaj przynoszącym "zgubę duszom", oraz nałożył ekskomunikę na wszystkich władców zezwalających na pojedynki w swych granicach, na ich organizatorów, uczestników, oraz tych, którzy na nie patrzyli. Analogie  walk gladiatorów z zawodami bokserskimi nasuwają się same. Te pierwsze, co prawda, były bardziej krwawe i zdecydowanie częściej ścielił się tam trup, tym nie mniej areny gladiatorskie z ringami bokserskimi łączy jedna podstawowa cecha. Oba wykorzystują agresję, brutalność i przelew krwi dla ubawienia publiczności. Pojedynkom z kolei można by nawet nadać pewien poziom wyższości nad zawodowym boksem. Pojedynkującym się osobom najczęściej chodziło bowiem - nie, jak to ma miejsce w wypadku boksu - o pieniądze, sławę czy dostarczenie gapiom dreszczu emocji, ale rzecz się rozchodziła o urażoną dumę, szwank na honorze, etc.

                Moralne przyzwolenie, jakie dziś udzielamy bokserom, otwiera puszkę Pandory.  Jeżeli godzimy się na to, by wzajemne okładanie się pięściami - choćby i były przy tym zachowane określone zasady - stało się źródłem zysku oraz zabawy, uruchamiamy tym samym lekceważące podejście do ludzkiego zdrowia i życia. Z biegiem czasu, ludziom przestanie już wystarczać boks polegający na tym, że nie wolno uderzać poniżej pasa i bić leżącego. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Karmione boksem serca, będą domagać się widowisk coraz bardziej agresywnych, brutalnych i krwawych. Jak na razie, już mamy legalny boks niewiast i (jeszcze) nielegalne walki polegające na tym, iż wszystkie chwyty są dozwolone, jeżeli tylko używa się siły swych pięści i nóg - tak też można w nich bić, kopać, dusić nawet leżącego. Kiedy do tego wszystkiego, dojdą wyjęte z gladiatorskich czasów noże, miecze i tarcze? Nie uciekniemy od tego pytania, jeżeli wciąż będziemy bawić się widokiem boksujących się ludzi.

do góry