Mirosław Salwowski
msza.net
Co z tym tańcem? 27.12.2006

Na jednym z dyskusyjnych forów internetowych, którego przez długi czas byłem aktywnym członkiem ukazała się polemika z opublikowanym na łamach tejże witryny, a także portalu "Savonarola.pl" tekstem pt. "Tańce damsko-męskie - zastrzeżenia, pytania, odpowiedzi". Ze względu na brak czasu, mnogość innego rodzaju obowi ązków, a także fakt, iż, mimo pozornej wnikliwości oraz intelektualnej gracji zawartych tam wywodów, w moim odczuciu polemika ta nie wnosiła wiele do przedmiotowego tematu, a jedynie w nieco odmiennych sformułowaniach powtarzała wątpliwości i zastrzeżenia, co do których odniosłem się w mym tekście, nie śpieszyłem się jej Autorowi z odpowiedzią. Aby być jednak rzetelnym niniejszym postaram się ustosunkować do zawartych tam tez.

Tradycja czy incydenty ?

Pierwszą tezą wspomnianej polemiki jest próba udowodnienia, iż nauczanie o niebezpieczeństwie mieszanych tańców nie stanowi jednej z "prawd nauczania katolickiego". By tego dowieść Autor sięga po różnego sugestie. Pisze więc, iż przestrogi przed mieszanymi tańcami nie miały charakteru nieomylnego nauczania Kościoła, sprowadza je do "wyliczanki dwudziestu kilku zwykle jednozdaniowych wypowiedzi", które mają świadczyć o tym, i ż krytyka takowych tańców była jedynie " pojawiającą się tu i ówdzie, incydentalną informacją o zagrożeniach wynikających z tańca " oraz "krytycznym stosunku do tańca, nie doktryny katolickiej, ale poszczególnych osób, wyrażanym (poza św. Janem Marią Vianneyem) jedynie przy okazji ". Mój Polemista przeczy te ż temu, iż krytyka mieszanych tańców była obecna w oficjalnym nauczaniu Kościoła, a także snuje dywagacje odnośnie historyczno-kulturowych uwarunkowań niektórych zasad moralnych głoszonych przez Kościół.

Zanim odniosę się do powyższych zastrzeżeń pozwolę sobie zacytować zdanie, które jest kluczowe dla właściwego zrozumienia tego tematu. Otóż w tekście, który stał się przedmiotem polemiki piszę: " Tradycyjna teologia katolicka, od pierwszych wieków chrze ścijaństwa, aż do lat 50 - tych 20 stulecia, określała, iż takowe tańce są dla ogromnej wi ększości ludzi praktycznie zawsze lub prawie zawsze blisk ą okazją do grzechu ." Proszę zwrócić uwag ę, iż nie utrzymuję, iż mieszane tańce są - same w sobie - grzechem. Nie twierdzę nawet, iż takowe tańce są ze swej istoty bliską okazją do grzechu. To co jest tu utrzymywane to teza, iż owe tańce praktycznie rzecz ujmując są zawsze lub prawie zawsze bliską okazją do grzechu. Inaczej mówiąc: nawet, jeśli czysto teoretycznie mo że się zdarzyć , i ż jakiś mieszany taniec nie będzie niósł ze sobą wielkiego niebezpieczeństwa popadnięcia w grzech, to praktycznie taka sytuacja zdarzała się bardzo rzadko. I właśnie w ten sposób kwestię tą rozeznawali przez 20 wieków chrześcijaństwa Ojcowie, Doktorowie, Święci, synody i Papieże.

Autor polemiki nie chce tego przyznać i pisze o "wyliczance dwudziestu kilku zwykle jednozdaniowych wypowiedzi", które maj ą świadczyć o tym, i ż krytyka takowych tańców była jedynie " pojawiającą się tu i ówdzie, incydentalną informacją o zagrożeniach wynikających z tańca" oraz "krytycznym stosunku do ta ńca, nie doktryny katolickiej, ale poszczególnych osób, wyrażanym (poza św. Janem Marią Vianneyem) jedynie przy okazji ". Po pierwsze nie jest prawdą, iż większość z 25 krytycznych względem tańców wypowiedzi, które w swoim czasie umieściłem na łamach portalu "Savonarola.pl", stanowią "krótkie jednozdaniowe wypowiedzi". Takowych, jedno, ewentualnie dwuzdaniowych wypowiedzi, było tam 9. Tak też stanowiły one mniejszość z przytaczanych cytatów. Poza tym, owe "krótkie, jednozdaniowe wypowiedzi" na ogó ł są tak bardzo jasne i klarowne w swej wymowie, iż zbędne jest ich poszerzanie. Ale przejdźmy do rzeczy. Mój Polemista sugeruje, iż 25 "antytanecznych" wypowiedzi to za mało, by stwierdzić , i ż nauczanie tam zawarte stanowi integralny element Tradycji Kościoła. Tak się składa, iż mam przed sobą książkę pt. "W obronie wyższych praw - dlaczego musimy przeciwstawiać się legalizacji związków homoseksualnych?", gdzie zebrano też jakieś dwadzieścia kilka świadectw Ojców, Doktorów i Papieży Kościoła przeciwnych sodomii. Przyjmując sposób argumentacji Autora polemiki można twierdzić , iż piętnowanie homoseksualizmu nie stanowi integralnej części doktryny katolickiej. Nasuwa się tu pytanie: Ile wypowiedzi na dany temat należy przytoczyć , aby przekona ć , i ż dane nauczanie jest już stałą doktryną katolicką, a nie tylko zbiorem prywatnych opinii poszczególnych autorytetów kościelnych? Czy z takim podejściem do sprawy podanie choćby i 200 cytatów b ędzie satysfakcjonujące (wszak zawsze można powiedzieć , i ż oficjalnie ogłoszonych Świętych i błogosławionych zostało ogłoszonych ok. 2 tyś, zaś teologów w historii Kościoła można liczyć w dziesiątkach tysięcy, tak też owe 200 stanowi jedynie drobną cząstkę całości)?. To co powinien mój szanowny Polemista uczynić to wskazać na jakiś ewentualny, równoważny nurt w tradycyjnej teologii moralnej, który byłby mieszanym tańcom przychylny. Jeśli memu Adwersarzowi nie wystarcza 25 cytatów, niech poda choćby 2 jasne wypowiedzi autorytetów kościelnych, w których mieszane płciowo tańce byłyby chwalone, zalecane, albo przynajmniej mówiono by o nich, iż: "praktycznie zawsze lub prawie zawsze nie stanowią one bliskiej okazji do grzechu". Jak na razie żaden z powołujących się na katolicyzm obrońców takowych tańców czegoś takiego nie uczynił. Ja ze swej strony z chęcią się z nimi zapoznam. Sam zaś deklaruję, iż w miarę upływu czasu będę podawał coraz to nowe i bardziej obszerne cytaty z autorytetów kościelnych skierowane przeciw mieszanym tańcom. Obawiam się jedynie, iż ci, którzy nie chcą być w tej sprawie przekonani, zawsze będą ową poprzeczkę podnosić . Poda im si ę 250 wypowiedzi, to będą się domagać 2500, zacytuje się im 2500, zażądają 25000. Poza (przynajmniej dotychczasowym) brakiem dowodów na to, iż w tradycyjnej teologii katolickiej istniał nurt przychylny mieszanym tańcom, do przyjęcia wniosku, iż stanowcza krytyka tego zwyczaju nie była jakimś tam incydentem w dziejach katolicyzmu przekonuje mnie lektura dawnych katechizmów i dzieł teologicznych. Ich Autorzy bowiem w swej krytyce tańców nie powołują się na siebie, ale na nieprzerwaną Tradycję Kościoła, która właśnie w ten sposób tą sprawę ujmowała. Przytoczę tu zaledwie jedną z takich wypowiedzi: Do głównych okazji do grzechu w szóstym i dziewiątym Przykazaniu zakazanego, zawsze zaliczano tańce i widowiska choć świat mówi, że w nich nie ma nic złego. Zaprawdę! Jedno tu z dwojga: albo się świat myli, albo Kościół Jezusa Chrystusa jest w błędzie: bo nie masz Katechizmu, któryby nie umieszcza ł tańców i widowisk pomiędzy okazjami do tego grzechu. (Ks. J. Gaume, "Zasady i całość wiary katolickiej, czyli jej wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny, apologetyczny, filozoficzny i socjalny, od stworzenia świata aż do naszych czasów", Kraków 1870, tom IV, ss. 415, 422-423). Cóż, być może autor powyższej wypowiedzi się myli, a rację ma Autor polemiki twierdząc, iż sprzeciw względem tańców był w katolicyzmie zaledwie "incydentem". Póki jednak mój Polemista nie udowodni mi tego, póty mam prawo utrzymywa ć , i ż 25 cytatów, które opublikowałem jest wyrazem tradycyjnej postawy Kościoła w tej dziedzinie, rację ma zaś choć by ks. Gaume, a nie ludzie, którzy próbując z katolickich pozycji bronić tańców, zapewne nigdy nie mieli w ręce żadnego tekstu na ten temat.

Autor polemicznego tekstu pisze, iż krytyka tańców nie miała charakteru "nieomylnego nauczania", a nawet nie weszła w skład prawd zwyczajnego Magisterium. O ile, co do pierwszego twierdzenia można naszemu Polemiście - w pewnym stopniu przyznać racj ę, o tyle drugiemu z nich należy stanowczo zaprzeczyć . Niewątpliwie nauczanie o niebezpieczeństwie mieszanych tańców nie jest - w ścisłym tego słowa znaczeniu - nieomylne. Jest to spowodowane tym, iż kwestia ta w pewnym sensie nie nadaje się do formułowania uroczystych definicji. Żeby lepiej zrozumieć w czym jest rzecz podam następujący, nieco hipotetyczny, przykład. Załóżmy, iż pośród produkowanych filmów przeszło 99 proc. stanowią dzieła szkodliwe i zgubne (w rzeczywistości uważam, iż takich filmów jest obecnie ok. 60 proc). Mimo to, nie można byłoby powiedzieć jednak, iż produkowanie filmów jest ze swej istoty nieprawością, albowiem czysto teoretycznie wciąż przecież mogą powstawać dobre i niewinne filmy. Co nale ży czynić w takiej sytuacji? Mówić , i ż ogrom filmów prowadzi do zguby, przestrzegać przed ich szkodliwym wpływem chrześcijan. Podobnie jest z mieszanymi tańcami. Praktycznie zawsze lub prawie zawsze były one bliską okazją do grzechu. Dlatego tradycyjną postawą Kościoła względem nich była stanowcza krytyka wyrażająca się w zdecydowanym ich odradzaniu, a nierzadko też w formalnym zakazywaniu.

Nie ulega jednak dyskusji to, i ż nauczanie o niebezpieczeństwie mieszanych tańców znalazło swe odbicie w zwyczajnym nauczaniu Magisterium. Kościół święty niejednokrotnie oficjalnie zakazywał tańców damsko-męskich jako: " haniebnych" (Synod Akwizgra ński) " szale ńczych " (Synod Re ński ), "sztuki i ponęty szatańskiej " (Synod Turyński). W XVIII stuleciu papież Benedykt XIV nazwał wszystkie ówczesne bale "brudną rozrywką". Tańce rozpowszechnione na przełomie XIX i XX wieku spotkały się z kolei ze zdecydowanym potępieniem licznych episkopatów krajowych oraz takich papieży jak: Leon XIII, św. Pius X, Benedykt XV, Pius XI. Co do mieszanych tańców, popularnych w pierwszej po łowie 20 wieku, istniało w Kościele świętym tak powszechne potępienie, iż jeden z ówczesnych teologów tak to konkludował: I pod tym względem zgodnym jest sąd Kościoła nauczającego i moralistów katolickich, że te tańce są złe same w sobie i prawie zawsze są grzechem ciężkim, bo jest przy nich albo wprost onanja, albo przynajmniej grzech cudzy, zgorszenie, bliska sposobność do grzechu. Nie wolno więc ich tańczyć , choćby nie by o zakazu diecezjalnego, choć by danej osobie nie szkodziły i choć by ta osoba utrzymywa ła, że w nich nic złego nie widzi i że je tańczy przyzwoicie (...) Nie ma więc innego wyjścia, tylko trzeba z całą stanowczością nalegać na szanowanie tego zakazu przez tych, którzy chc ą należeć do Ko ścioła katolickiego. W pierwszych wiekach poganie poznawali nowonawróconych chrześcijan przede wszystkim po tym, że nie tańczyli już ówczesnych wyuzdanych tańców . Nowoczesne tańce tak bardzo zbliżyły się do pogańskich wzorców, że i do nich ten sprawdzian musimy zastosować . (Ks. Stanisław Szarek, "Walka z niemoralnością", Lwów 1929, s. 16). I tym razem nasz szanowny Adwersarz może utrzymywać , i ż wie lepiej od katolickich teologów. Może twierdzić , że ks. Szarek się mylił i sąd Kościoła nauczającego względem modnych na przełomie XIX i XX stulecia tańców wcale nie był tak jasny i surowy. Pytanie jakie się w związku z tym rodzi jest następujące: Jakie dowody może przedstawić na poparcie swej tezy? Czy zna jakieś wypowiedzi katolickich teologów tamtego okresu, którzy twierdziliby, iż popularne wówczas tańce są OK. i Kościół święty tak naprawdę ich nie potępia? Czy może wskazać o świadczenie któregoś z episkopatów, gdzie owe tańce wzięte byłyby w obronę? Jeśli nie, to całe te superbłyskotliwe wywody naszego Polemisty są niczym innym, jak tylko wyrazem jego chciejstwa. Są dobrze wyglądającą słomą, która jednak nie ostoi się w żarze ognia katolickiej Prawdy. I doprawdy nic tu nie pomogą stosowane przez Polemistę wywody o historyczno-kulturowych uwarunkowaniach niektórych z nauczanych przez Kościół święty zasad. Niezaprzeczalnym faktem jest to, iż tańce przed którymi przestrzegano dawniej wydają się być dziecinną igraszką w zestawieniu z tym co wyprawia się na dzisiejszych dyskotekach, salach balowych i dancingach. Do lamusa historii przeszedł odradzany przez św. Franciszka Salezego menuet, który charakteryzował się wdzięcznymi podskokami, ukłonami i zdawkowym muśnięciem ręki partnerki. Dziś mamy cały zestaw ruchów tanecznych, które są niczym innym jak na śladowaniem czynności seksualnych, albo też polegają one na specjalnym eksponowaniu miejsc stricte erogennych (piersi, biodra, łono, pośladki). Poloneza tańczy się obecnie jedynie symbolicznie na studniówkach, by potem przejść do podpatrywanych w "Tańcu z gwiazdami" pląsów polegających na ścisłym przyleganiu do siebie ciał tancerzy, zakładaniu nogi na udo partnera (ewentualnie łapaniu tancerki za owe udo), etc.

Podsumowując "doktrynalne" rozważania mego Polemisty, trzeba stwierdzić , iż są one niespójne, opierają się bardziej na zachciankach ich Autora, aniżeli na rzetelnej próbie poznania katolickiego nauczania. Niestety, ale mam prawo podejrzewać , i ż mój Adwersarz nie zadał sobie trudu, by sprawdzić u źródła podawane przez mnie cytaty. Wbrew oczywistym dowodom próbuje się tu udowadniać , iż to co było tradycyjną postawą katolicką stanowiło tylko incydent. Autor polemiki twierdzi, iż krytyka mieszanych tańców była tylko "okazyjna", nie miała w katolicyzmie charakteru stałego, ale nie podaje na rzecz tego żadnego dowodu. Ogranicza się on tu tylko do stwierdzenia, iż "wyliczanka dwudziestu kilku wypowiedzi" nie stanowi dowodu na uniwersalność krytyki ta ńców w nauce katolickiej. Lekceważy on jednak zarazem jasne świadectwa teologów mówiące o tym, iż owa krytyka była integralnym elementem Tradycji Kościoła. Słowem: mój Polemista wydaje się twierdzić , i ż wie lepiej od uznanych teologów kościelnych, co w katolicyzmie było stałe, a co zaledwie incydentem i okazją.

Kultura, historia, czy zraniona ludzka natura?

Po "doktrynalnych" rozważaniach mój Adwersarz przechodzi do obrony mieszanych tańców, poprzez ukazanie różnego rodzaju czynników kulturowych, historycznych i psychologicznych, które miały rzekomo sprawić , iż niebezpieczeństwo związane z tego rodzaju tańcami stało się w ostatnich dziesiątkach lat znacznie mniejsze niż kiedyś. Ogólnie rzecz biorąc mój Polemista twierdzi, iż w czasach dzisiejszych, które charakteryzują się powszechnością negliżu połączonego z częstymi okazjami do dotykania osób płci przeciwnej, mieszane tańce nie nastręczają już tak wielu pokus przeciw św. cnocie czystości jak kiedyś, gdy owego negliżu i bliskiego kontaktu pomiędzy płciami było znacznie mniej. Dziwię się, iż tak błyskotliwa i inteligentna osoba, jak mój szanowny Adwersarz nie znalazła odpowiedzi na swą obiekcję w następujących fragmentach tekstu, z którym pragnie on polemizować :

17. Póki taniec nie wywołuje biologicznego podniecenia seksualnego (erekcji), póty należy uznać , że od strony moralnej wszystko jest w porządku.

Dużym błędem jest zawężanie definicji pożądliwych myśli, spojrzeń i pragnień jedynie do wystąpienia biologicznego podniecenia płciowego. Wbrew pozorom nie każdy grzech nieczystości wiąże się z taką reakcją organizmu. Istota nieuporządkowania w tejże dziedzinie polega na dobrowolnym zabawianiu się myślami, spojrzeniami, pragnieniami i uczynkami seksualnymi, nawet wówczas gdy nie zawsze znajduje to swoje odzwierciedlenie w biologicznej reakcji organizmu. Przykładowo, nałogowego konsumenta pornografii, podniecają już tylko "twarde" materiały z tego gatunku. Czy to oznacza, że taki człowiek może bez grzechu relaksować się oglądaniem "łagodnej" pornografii, tłumacząc się tym, iż przecież nie ma on w trakcie tego erekcji? Oczywiście, byłby to błędny wniosek. Reakcje biologiczne są tu - w pewnym sensie - drugorzędne. Liczy się nasza wola, nastawienie i rozpoznanie charakteru danej sytuacji. Czy każda nieczysta myśl nad jaką zdarza się nam zatrzymywać , momentalnie wywo łuje w nas podniecenie seksualne? Nie. Mimo to jest jednak grzechem, albowiem nasza wola przylgnęła tu do czegoś nieuporządkowanego. Podajmy jeszcze inny przykład. Prawie żaden dojrzały mężczyzna nie podnieci się widokiem okładek takich pism jak "Playboy" czy CKM, nawet jeśli przed pewien czas zatrzyma na nich swój wzrok. Podobnie, trudno sobie wyobrazić , aby dziesiątki jawnie bezwstydnych i wyuzdanych reklam ikon do telefonów komórkowych wywołały erekcję u dorosłego faceta. Czy to oznacza, iż tego rodzaju okładki i obrazki nie mają gorszącego charakteru i chrześcijanie mogą spokojnie napawać nimi swój wzrok? Nie, albowiem zapraszaj ą one do wejścia "głębiej" w świat, który reklamują. I mimo, że takie obrazki nas nie podniecają, to dobrze wiemy, jaki mają one charakter i ku czemu zmierzają. Im dłużej człowiek będzie przyglądał się okładce "Playboya", tym trudniej będzie mu się oprzeć zajrzeniu do środka. Podobnie sprawa wygląda ze współczesnymi tańcami damsko-męskimi. Układ ich ruchów, gestów i kroków jest jawnie nieskromny i bezwstydny. Nie zawsze jednak wywołują one reakcję biologicznego podniecenia, zachęcają jednak do wejścia w świat nieczystości. Bliskość ciał i/albo sugestywne ruchy w nich występujące, inspirują do poznania ciała płci przeciwnej oraz tajników pożycia seksualnego.

18. Być może tańce były kiedyś bliską okazją do grzechu, jednak obecnie nie można tego o nich powiedzieć .

Bliskim absurdu jest twierdzenie, iż dawniej krytykowane tańce były "bliską okazją do grzechu", zaś dzisiejsze już takowego niebezpieczeństwa nie rodzą. Równie dobrze można by mówić , i ż chrześcijanie winni strzec się reklam bielizny, ale za to z twardej pornografii mogą spokojnie korzystać . Skoro w ciągu ostatnich 200, a zwłaszcza 30-40 lat, tańce damsko-męskie wykonały olbrzymi krok w kierunku radykalizacji ich nieskromności, bezwstydu i wyuzdania, to bez cienia przesady można powiedzieć , iż obecnie nie są one już tylko "bliską okazją do grzechu", ale zawsze lub prawie zawsze są - same w sobie - grzechem.

Ujmując to w skrócie: Powszechność nagości, nieskromności i wyuzdania wcale nie sprawia, iż ludzie stają się bardziej odporni na grzechy przeciw cnocie czystości. Jedyne co jest osiągane w ten sposób, to podążanie ku grzechom przeciw VI i IX przykazaniu w sposób bardziej szybki i odczuwający znacznie mniej gwałtownych pokus i wewnętrznych tarć niż kiedyś. To, iż ktoś oglądał w swym życiu tysiące zdjęć nagich i półnagich kobiet wcale nie oznacza, iż z większym hartem ducha będzie zwalczał pokusę sięgnięcia po twardą pornografię. Jest dokładnie odwrotnie. Taki człowiek znacznie szybciej i chętniej sięgnie po "Hustlera", aniżeli ten, który strzegł się oglądania "CKM". Warto w tym miejscu przypomnieć tradycyjną chrześcijańską zasadę mówiącą, iż najgwałtowniejsze pokusy odczuwają ci, którzy najbardziej gorliwie pracują nad zbawieniem swej duszy. Nałogowi grzesznicy nie dostrzegają zaś już prawie żadnych pokus, albowiem dla nich stan duchowego niebezpieczeństwa jest czymś codziennym i normalnym. Jeżeli więc ktoś, zaczyna pracować nad wykorzenieniem swych wad, widzi na tej drodze coraz wi ęcej sideł zastawianych przez ciało, diabła i świat pułapek. Ten, kto nie pracuje nad sobą nie zauważa tychże zasadzek i pułapek, gdyż dawno się już z ich widokiem oswoił. "Spokojnie" więc będzie, wpadał w owe zasadzki, aż do swego nieszczęśliwego końca. Kto po dłuższym czasie nurzania się w bagnie nieczystości postanowił się z tego wydobyć z pewno ścią potwierdzi tą obserwację. Kiedy na co dzień popełniał grzechy przeciw VI i IX przykazaniu, wiele ewidentnie nieskromnych scen i obrazów wydawa ło się go już w ogóle nie poruszać . Gdy jednak postanowił odważnie wejść na drogę czystości, nagle zaczęło się przed nim mnożyć mnóstwo pokus. Zdolność odczuwania pokus możemy przyrównać do nerwu bólu w ludzkim organizmie. Ból sygnalizuje gro żące naszemu zdrowiu lub życiu niebezpieczeństwo. Człowiek, który nie odczuwa bólu, ma wielką szansę, w krótkim czasie zostać martwym. Podobnie społeczeństwa, którym wydaje się, iż odsłonięte pępki, dekolty, ramiona i nogi, coraz bardziej wyuzdane kroki taneczne nie niosą dla niebezpieczeństwa, przypominają człowieka pozbawionego nerwu bólu. Bezboleśnie zmierzają one do wielkiej ruiny i katastrofy.

Gdyby słuszne było założenie, iż powszechność negliżu oraz bliskiego kontaktu między płciami miałaby uodparniać na pokusy przeciw cnocie czysto ści, nasze czasy musiałyby należeć do najcnotliwszych w dziejach. Tymczasem historyczne do świadczenie wskazuje, iż dzieje się dokładnie na odwrót. Istnieje łatwo dostrzegalna korelacja pomiędzy wzrostem poziomu nieskromności w strojach i tańcach, a natężeniem takich grzechów jak: nierząd, cudzołóstwa, masturbacja, pornografia, homoseksualizm i in nego rodzaju zboczenia. Nie twierdzę bynajmniej, iż jedynie nieskromne stroje i tańce napędzają tego rodzaju zjawiska. Tym nie mniej na pewno należą one do ważnych czynników je napędzających. Nie od rzeczy będzie tu przypomnieć wska źniki przestrzegania dziewictwa w społeczeństwie USA. Jeszcze w pokoleniu Amerykanów urodzonych przed 1890 rokiem zachowanie dziewictwa do ślubu deklarowało prawie 70 proc. badanych. W pokoleniu urodzonym po 1910 r. wskaźnik ten już był ponad dwa razy niższy i wynosił ok. 30 pro c. Na prze łomie 20 i 21 stulecia zaledwie 7 proc. Amerykanów deklarowało, iż zachowało dziewictwo aż do nocy poślubnej. Czy owe zastraszająco malejące wskaźniki respektowania cnoty czystości nie pokrywają się czasem z rosnącą nieskromnością tańców i strojów? Czy l. 20 i 30 - te ub. wieku nie były czasem rozkwitu walca, tanga, foxtrota, shimmy, onestepu oraz szeregu "gorących" tańców latynoamerykańskich? Czy to nie w tym czasie narodziły się mieszane płciowo plaże, zaś kobiecy strój zaczął odkrywać (wówczas jeszcze nieznacznie) odkrywać kolana, ramiona i plecy? Czy nie jest więc zastanawiające, iż pokolenie, któremu przyszło w tym czasie wzrastać , w ponad dwukrotnie mniejszym stopniu dochowa ło przedmałżeńskiego dziewictwa, aniżeli ich ojcowie i dziadkowie, wychowywani w czasach, kiedy to niewieście suknie sięgały kostek, nikt nie myślał o odkrywaniu ramion, mieszanych plażach, nie istniało tango, zaś walc budził spore zgorszenie społeczne? Czy nie daje do myślenia, iż pokolenie wychowane u schyłku XX wieku dało już tylko 7 proc. zachowujących dziewictwo do ślubu? Czy nie jest dziwnie zbieżne z rozwojem rockandrollowych tańców, dyskotek, minispódniczek, strojów bikini, etc? Jak to się stało, iż w ciągu niewielu ponad 100 lat o 1000 proc. obniżył się poziom przedmałżeńskiego dziewictwa?

do góry