|
Czy abstynencja jest niekatolicka?
10.08.2007
Alkohol leje się w Polsce z okazji przyjęć, prywatek, dyskotek, chrzcin, urodzin, wesel oraz innego rodzaju imprez towarzyskich. W Polsce prosperuje dobrze też tysiące pubów, gdzie bez specjalnej okazji codziennie wysiaduje setki tysięcy, jeśli nie miliony naszych rodaków. Tajemnicą poliszynela jest fakt, iż wielu Polaków nie zachowuje umiaru w spożywaniu napojów alkoholowych. Świadczy o tym rekordowa, bo utrzymująca się na poziomie 8 – 11 litrów dawka czystego spirytusu, jaka od dziesiątków lat przypada na jednego statystycznego mieszkańca Polski. Ten smutny obraz jest potwierdzany również przez fakty mówiące o tym, iż codziennie upija się w Polsce kilka milionów ludzi, zaś liczba nałogowych alkoholików sięga niemal miliona osób. Jak na naród o jednym z najwyższych wskaźników deklarowanej religijności (przeszło 90 proc. katolików i prawie 50 proc. uczęszczających co niedziela na Mszę św.) z pewnością nie są to pocieszające statystyki. A gdy wspomni się na to, iż pijaństwo nie wydaje się być domeną wyłącznie zdeklarowanych ateistów i libertynów, ale potrafi ono iść w parze z jednoczesną żarliwą religijnością – czego przykładem są choćby nasi Górale, u których nierzadko liczba przyjętych Komunii i odmówionych zdrowaśek odpowiada ilości „obalonych flaszek” – to sytuacja robi się coraz bardziej ponura i żenująca. Alkohol wyrazem ortodoksji? Jak pogodzić werbalnie ogłaszane gorliwe przywiązanie do wiary katolickiej z pielęgnowaniem miłości do pijaństwa? Choć te dwie rzeczywistości wydają się pasować do siebie, jak pięść do nosa, okazuje się, że także na obroną pijaństwa można znaleźć argumenty natury teologicznej. Jednym z nich jest przekonanie mówiące o tym, iż całkowita rezygnacja z picia napojów alkoholowych jest sprzeczna nauczaniem katolickim. Rzecznicy tej opcji widzą więc w rezygnacji z alkoholu przejaw protestanckiego purytanizmu, mahometanizmu czy nawet manicheizmu. Aby więc dowieść swej katolickiej ortodoksji trzeba pić alkohol, inaczej można być bowiem posądzonym o bycie świadkiem Jehowy, zielonoświątkowcem, kalwinistą albo też innego rodzaju innowiercą. Przyjęciu tej optyki sprzyja obserwacja rzeczywistości. Faktem jest bowiem, iż np. wyznawcy konserwatywnych ugrupowań protestanckich często piją mało alkoholu, a nierzadko nie piją takich trunków w ogóle. Z drugiej strony, wśród katolików przyjęło się, iż nawet Sakramenty tj. chrzest czy małżeństwo są mocno zakrapiane. Gdybyśmy więc mieli na to spojrzeć od tej strony, to niechybnie doszlibyśmy do wniosku, iż ilość opróżnionych butelek niechybnie oddala nas od niebezpieczeństwa popadnięcia w herezję. Czyżby więc picie alkoholu było pewnym znakiem katolickości, a abstynencja świadczyła o herezji? Na samym początku odrzucić należy argumenty natury „socjologicznej” kontrastujące wielu upijających się katolików z niepijącymi lub pijącymi mało świadkami Jehowy, zielonoświątkowcami czy muzułmanami. Gdybyście mieli w ten sposób wyznaczać kryteria ortodoksji to niechybnie doszlibyśmy do wniosku, że nie tylko powstrzymywania się alkoholu, ale także niepodejmowanie przedmałżeńskiego współżycia seksualnego jest czymś niekatolickim. Czy nie jest bowiem tak, iż ogromna większość katolików praktykuje rozpustę i nierząd, a wielki procent z nich dodatkowo nie uznaje nawet tych czynów za coś grzesznego i niemiłego Panu Bogu? Co więcej za katolicką moglibyśmy uznać nawet aborcję, wszak to w „ultrakatolickiej” Polsce, w l. 1956 – 1993, wedle różnych szacunków, zamordowano od 20 do 40 milionów nienarodzonych dzieci. Dodajmy jeszcze, iż np. w niektórych rejonach Ameryki Łacińskiej zdarzało się, iż „gorliwi katolicy” w ramach „walki z sektami protestanckich heretyków” gwałcili protestanckie niewiasty, które w odróżnieniu od większości kobiet –katoliczek, zachowywały dziewictwo i przedmałżeńską czystość. W ten sposób owi katolicy (???) ukazywali niekatolickim niewiastom kanony „katolickiej normalności”... Normalnie, hard ortodoksja, aż się serce kroi. Ani się obejrzymy, jak w ramach walki z jansenizmem i purytanizmem pielgrzymować będziemy na karnawał w Rio de Janeiro, rwać tamtejsze tancerki samby. W końcu większość uczestników tej orgiastycznej imprezy to też katolicy, a bojkotują ją protestanci. Argumenty z tego, jak się zachowuje ( a nawet jakie poglądy wyznaje) większość osób deklarujących się katolikami, zdają się więc jak psu na budę. Szukanie za ich pomocą katolickiej prawowierności naprawdę nieraz może wywieść na spore manowce. Ortodoksji należy szukać raczej w oficjalnej nauce Kościoła oraz przykładzie życia, jaki dali nam Święci. Co zaś te źródła mówią nam o abstynencji? Tradycyjnie katolicka abstynencja Zacznijmy wpierw od tego, jak katolicka nauka moralna odnosi się do picia napojów alkoholowych, a związku z tym także do abstynencji? Z pewnością picie alkoholu – samo w sobie – nie jest grzechem. Pijaństwo jednak, a więc wszelki nadmiar w spożywaniu trunków, jest już nieprawością. Ciężkie pijaństwo, które polega na upiciu się do nieprzytomności jest grzechem śmiertelnym. Pijaństwo lżejsze, które przejawia się choćby w nieznacznym oszołomieniu człowieka (czego zewnętrznym wyrazem jest np. lekki bełkot, nieznaczne zakłócenia koncentracji ruchów) stanowi grzech powszedni. Oczywiście, dla chrześcijanina fakt, iż coś jest grzechem powszednim jest niewielką pociechą. Dobrowolne i celowe trwanie w grzechach powszednich jest bowiem prostą drogą do grzechów ciężkich. Przede wszystkim zaś trzeba mieć na uwadze to, iż także grzechy powszednie zadały okrutną śmierć naszemu Zbawicielowi. Praktycznie więc, jedynie spożywanie małych ilości napojów alkoholowych jest wolne od nieprawości. Pismo święte w wielu miejscach wspomina o alkoholu (a konkretnie o winie). Biblia czasami więc docenia zalety umiarkowanego spożywania wina, mówiąc np. o tym, iż pite ostrożnie „jest dla ludzi życiem, przynoszącym zadowolenie serca i radość duszy” (Syr 31, 27-29). Częściej jednak Pismo święte przestrzega przed zgubnymi skutkami nadmiernego picia wina. Biblia uczy więc m.in., iż pijacy pójdą do piekła (1 Kor 6, 10) „Nie patrz na wino, jak czerwieni się w pucharze, jak pięknie błyszczy w kielichu, jak łatwo się je połyka. Bo w końcu kąsa jak żmija, swój jad niby wąż wypuszcza” (Prz 23, 31); „Biada tym, którzy są bohaterami w piciu wina” (Iz 5, 11); „Wino i kobiety wykoleją mądrych” (Syr 19,2); „Przy piciu wina nie bądź zbyt odważny, albowiem ono zgubiło wielu” (Syr 31, 25); „Nie upijajcie się winem, bo to jest przyczyną rozwiązłości” (Ef 5, 18); „Wino i moszcz odbierają rozum” (Oz 4, 11). To jasne nauczanie Pisma św. piętnujące z jednej strony wszelkie przejawy pijaństwa, z drugiej zaś pozwalające na bardzo ostrożne i umiarkowane spożywanie alkoholu, było i jest podtrzymywane przez 2000 lat nauczania Kościoła. Wystarczy w tym miejscu wspomnieć choćby kazania św. Cezarego z Arles, w których mówi się m.in.: „Zło pijaństwa jest bardzo wielkie i Bogu obrzydłe (...) Ten kto zmusza drugiego, aby pił aż do upicia się, popełniłby mniejsze zło raniąc go mieczem, niż przez pijaństwo zabijając jego duszę (...) Wszyscy pijacy są niczym bagna (...) to, co rodzi się z pijaństwa jest przeznaczone dla ognia” Jeśli jednak wolno jest – choćby bardzo ostrożnie i z wielkim umiarem – pić alkohol, to można spytać się, czy całkowita rezygnacja z tego rodzaju napojów, nie jest czasem przesadą? I tu trzeba stwierdzić, iż o ile – samo picie alkoholu – nie jest złem, o tyle także – absolutna rezygnacja z niego też taką nieprawością nie jest. Zarówno Pismo święte, jak i cała Tradycja Kościoła wielce chwali, zaleca i błogosławi abstynencję. Jednym z pierwszych wielkich abstynentów był sam św. Jan Chrzciciel o którym Pan Jezus mówił, iż „nie ma większego nad niego spośród narodzonych z niewiasty” (Mt 11, 11). Biblia mówi, iż św. Jan Chrzciciel nie pijał ani wina, ani sycery (Łk 1, 15). Podobnie historia tradycyjnego prawowiernego chrześcijaństwa zna setki przykładów świątobliwych mężów i niewiast bożych, którzy dla większej chwały Wszechmocnego oraz dla przebłagania Nieba za wielkie grzechy pijaństwa, wspierali ideał abstynencji. Przykładowo, bł. Stanisław Papczyński w założonym przez siebie zakonie Marianów pod karą klątwy zakazał spożywania jakichkolwiek trunków. Mariańscy zakonnicy byli znani zresztą z zaciętej walki, jaką prowadzili przeciw pijaństwu. Św. Jan Maria Vianney, choć sam czasami nie odmawiał wypicia szklaneczki wina, gdy był nim częstowany (ba, w młodości pracował nawet na winnicy swego ojca), to jednak gorzko ubolewał nad panoszącym się w jego parafii pijaństwem. W skutek prowadzonej przez św. Jana Vianneya walki z pijaństwem wszystkie karczmy w Ars zbankrutowały. Kiedy zaś w odnowionym Ars zakładano hotel dla przybywających tam pielgrzymów, św. Jan Vianney uzależnił swą zgodą na wybudowanie tego przybytku, od udzielenia gwarancji, iż nie będą tam podawane żadne napoje alkoholowe. Św. Proboszcz z Ars mawiał też: „Topimy swe dusze w winie (...) Szynk – to kram szatana! To szkoła, w której piekło głosi wykłady swych zasad; to miejsce, gdzie sprzedaje się dusze, niszczą się gospodarstwa, psuje się zdrowie, powstają kłótnie i popełniają się zabójstwa. A szynkarze? Szynkarze kradną chleb biednej kobiecie i jej dzieciom, obdzierając pijaka w niedzielę ze wszystkiego, co zarobił w ciągu całego tygodnia... ”. W łonie Kościoła katolickiego zrodziło się także wiele ruchów abstynenckich, których członkowie zobowiązywali się do całkowitego niepicia alkoholu. Przykładowo, w 1948 i 1949 r. na skutek katolickiej akcji antyalkoholowej 118 tyś. polskich katolików złożyło przyrzeczenie abstynencji. Większość z nich wyrzekła się nie tylko wódki, ale również piwa i wina. Tak jak plotka, każdy błąd ma jednak pewne ziarno prawdy. Łączenie abstynencji z herezją także wykazuje śladowe ilości prawdy. Historia chrześcijaństwa zna bowiem przykłady heretyckich sekt, dla których całkowite wyrzeczenie się napojów alkoholowych nierozdzielnie wiązało się z nieprawowiernymi tezami przez nie głoszonymi. Najlepszym tego przykładem były grupy wywodzące się z manicheizmu. Zgodnie zaś z manichejską doktryną całe stworzenie pochodzi od diabła, dlatego też należy m.in. wyrzec się spożywania wina i mięsa. W ciągu wieków tego rodzaju herezje zaczęły jednak zanikać, ustępując innego rodzaju błędom. Tak też nieporozumieniem jest np. przypisywanie protestantom heretyckiego podejścia do picia alkoholu. We współczesnym protestantyzmie z pewnością jest niemało herezji (w końcu racją istnienia protestantyzmu jest herezja), ale nie należy doszukiwać się różnic tam gdzie ich nie ma. A prawda jest taka, że zarówno zielonoświątkowcy, kalwini, jak i świadkowie Jehowy zachowują w kwestii picia alkoholu zdrową katolicką naukę. Teologia tych wyznań mówi bowiem: wolno jest pić alkohol, jeśli robi się z to z dużym umiarem i ostrożnością. Jednym z nielicznych ugrupowań protestanckich, które kwestionują moralną godziwość spożywania trunków nawet w małych ilościach są Adwentyści Dnia Siódmego. Ale i teologia adwentystyczna wydaje się dopuszczać picie alkoholu w celach stricte leczniczych. Tak więc, nieporozumieniem jest doszukiwanie się wśród konserwatywnych protestantów następców i kontynuatorów dawnej manichejskiej wrogości wobec wszelkiego alkoholu. Jako swego rodzaju podsumowanie tradycyjnej nauki katolickiej nt. alkoholu, umiaru w piciu trunków oraz abstynencji można podać słowa Piusa XI z listu, z 26 lipca 1929 r: "Katolik w trunkach nie widzi trucizny lecz jeden z darów bożych. Winna latorośl została nawet przez Stwórcę upatrzona na przedziwną osłonę tajemnicy Eucharystii. Lecz nadmierne użycie trunków wyskokowych jest trucizną, trucizną dla dobrobytu, trucizną małżeńskiego szczęścia i pokoju domowego, a także aż nazbyt gwałtowną i częstą trucizną dla rozwoju przyszłych pokoleń. Ostrożne i umiarkowane używanie napojów alkoholowych nie jest grzechem. Ale nadużycie alkoholu jest grzechem, a tam, gdzie staje się powodem smutnych następstw, grzechem ciężkim, a nawet wołającym o pomstę do nieba. Umiarkowanie i abstynencja są w pierwszej linii naturalnymi środkami panowania nad sobą i dlatego jak wszystkie inne siły czysto naturalne nie są zdolne do wyrobienia moralnie mocnych charakterów. Lecz tam, gdzie wzrastają one na gruncie silnej woli, na którą pada nadprzyrodzona rosa łask, są one bardzo cennymi i nieodzownymi środkami do wytworzenia równowagi między ciałem i duszą, materią a duchem, której Bóg się domaga. Kościół katolicki nie może się zgodzić na przymus całkowitej prohibicji. Obowiązek całkowitej abstynencji zachodzi tylko wtedy, gdy inaczej nie można opanować namiętności. Lecz dobrowolna abstynencja w celu zadośćuczynienia za grzechy nadużycia alkoholu, dawania bliźnim dobrego przykładu i powstrzymywania ich od nadmiernego spożycia trunków wyskokowych jest apostolstwem, które Kościół św. popiera i uznaje, pochwala i błogosławi." Czy wesele w Kanie było pijacką orgią? Fanatycy antyabstytencji i przyjaciele pijaństwa mają jeszcze jednego asa w rękawie. Jest nim cud w Kanie Galilejskiej. Czyż nasz Pan nie rozmnożył tam wina, gdy owego trunku tam zabrakło? Wniosek wydaje się więc jasny: Wiwat alkoholowe libacje! Błogosławiony bądź poranny kacu! Sam Zbawiciel patronuje naszemu obalaniu flaszek i browców. Ach, jak ja lubię tego rodzaju teologię. Teologię, która z całej Biblii pamięta jedynie wesele w Kanie, a ze wszystkich Ojców, Doktorów i Świętych Kościoła przypomina sobie tylko dwie wypowiedzi św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu, którzy mieli opowiadać się za koniecznością prawnej bezkarności prostytucji. Nic to, że Biblia wiele razy w mocnych słowach potępia i przestrzega przed pijaństwem. Chrystus przemienił wodę w wino, a więc pijaństwo jest OK. Zapomina się jednak przy tym, iż przypisywanie Zbawicielowi pomagania komukolwiek w pijaństwie jest de facto straszliwym bluźnierstwem i herezją. Jeżeli bowiem pijaństwo jest grzechem ( a jest nim przecież na pewno) to czy bezgrzeszny Syn Boży mógł pomagać komukolwiek się upić? Czy wyobrażacie sobie, iż Jezus przemieniłby patyczek w siekierę na następującego rodzaju prośbę: „Panie, chcę odciąć główkę niemowlęciu. Ale niestety mam pod ręką tylko kijek, przemień go więc proszę w siekierę”? Z pewnością nie. Jak więc można sobie wyobrażać, iż Zbawiciel bezpośrednio pomagał komuś w pijaństwie? Pan Jezus dobrze znał serca weselników w Kanie. Wiedział On, iż ludzie ci nie byli skłonni do pijaństwa, dlatego też przemienił wodę w wino. Przy popularnych pro-pijackich interpretacjach Cudu w Kanie pomija się też jedną bardzo ważną okoliczność. Nakreślę ją cytując za kazaniem ks. Antoniego Cząstki wygłoszonym w 1952 roku, a skierowanym przeciw pijaństwu: „Otóż, wina palestyńskie za czasów Pana Jezusa były dość słabe, albowiem nie znano wówczas dzisiejszych sposobów sztucznego zwiększania alkoholu przez usuwanie kwasu z winogronowego soku i przez dosypywanie cukru, albo przez zwyczajne dolanie spirytusu. Pomimo tej małej ilości alkoholu w ówczesnym winie, czyste wino pili tam tylko pijacy, a wszyscy inni pili je zmieszane z wodą, dając do tej mieszanki nawet więcej wody, niż wina. Ślad tego chwalebnego zwyczaju pozostał do dziś w naszej Mszy św., gdzie kapłan zawsze do wina dolewa nieco wody. Dziś jeszcze w krajach południowych, np. we Włoszech, piją zwyczajne wino rozcieńczone z wodą. Gdy Włoch spostrzeże np. w rzymskiej tawernie (po polsku karczma), że ktoś pije wino bez wody, zaraz wnioskuje, że to musi być albo Niemiec, albo Polak”. Jednym zdaniem: twierdzenie, iż nigdy, nigdzie i w żadnej ilości nie wolno pić alkoholu jest herezją sprzeczną z tradycyjną moralnością chrześcijańską. Jeszcze bardziej wstrętną herezją i wyrastającą zazwyczaj z zamiłowania do grzechu pijaństwa obelgą, jest jednak twierdzić, iż ci, którzy nie kierując się pogardą względem wszelkiego alkoholu, podejmują ofiarę całkowitej abstynencji, odchodzą od zdrowej katolickiej prawowierności. A mianem bluźnierstwa należy zaś nazwać sugestie przypisujące naszemu Panu pomoc w grzechu pijaństwa. 
|