Mirosław Salwowski
msza.net
Czy Szamil Basajew będzie w Niebie? 15.07.2006

Na jednym z Forów dyskusyjnych, którego jestem aktywnym członkiem szerokim echem odbiła się sprawa uśmiercenia przez rosyjskie służby specjalne Szamila Basajewa - jednego z głównych czeczeńskich komendantów wojskowych. Basajew - jak wiadomo, był odpowiedzialny za kilka ataków wymierzonych bezpośrednio w rosyjską ludność cywilną (m.in.; zajęcie szpitala w Budionowsku, wzięcie zakładników w moskiewskim teatrze "Dubrowka", eksplozja bomby w moskiewskim metrze, czy też najbardziej okrutny i krwawy jego wyczyn, jakim było uczynienie ze szkoły w Biesłanie pola minowego). W tych i innych akcjach inspirowanych przez Basajewa zginęło kilkuset przypadkowych, niewinnych i bezbronnych cywili, w  tym co najmniej 180 dzieci. Niczym dziwnym nie jest więc, iż na wspomnianym wyżej Forum dyskusyjnym znalazła się spora grupa dyskutantów, która z nieskrywaną radością powitała śmierć Basajewa, mówiąc o nim per "bydlak", "ludobójca", "zbrodniarz",  "bandyta", życząc mu by "Spoczywał w piekle" oraz zdecydowanie odmawiając ofiarowania choćby jednej zdrowaśki w intencji jego duszy.

Podwójna moralność

Z drugiej strony dziwne jednak było to, iż na tym samym Forum przeważa sytuacjonistyczne podejście do zasad moralnych. Nieraz ze zgrozą przypominam sobie, jak to wielu, szanowanych członków tegoż Forum broniło dopuszczalności tzw. aborcji terapeutycznej (a więc mordu popełnionego na nienarodzonym dziecięciu w celu ratowania życia matki), cudzołóstwa czy też kłamstwa popełnionego w obronie życia niewinnych. Co więcej, niektórzy twierdzili nawet, iż deptanie objawionych przez Pana Boga zakazów moralnych jest nie tylko dozwolone, ale i pożądane w zwykłym i codziennym życiu. Wystarczy, że zacytuję tu wypowiedź jednego z Forumowiczów: "Polityk, który nie kłamie, to d**a, a nie polityk!".  Inny z dyskutantów wprost zaś  deklarował, iż bezpośrednie ataki na ludność cywilną są rzeczą dozwoloną i konieczną. Trudno jest mi też zapomnieć, jak to jeden ze znanych bywalców owego Forum mieszał z błotem Otto Schimka, austriackiego żołnierza Wermachtu rozstrzelanego z wyroku nazistowskiego sądu za to, iż ten w pewnym momencie odmówił udziału w agresywnej, bezbożnej i rasistowskiej wojnie Hitlera, nie godząc się na strzelanie do broniących swego kraju cywili. Wówczas to, mimo mych apeli, administracja tego Forum nie ukarała w żaden sposób człowieka, który w wyjątkowo wulgarny sposób bezcześcił pamięć Otto Schimka. Niechęć do modlenia się za duszę Szamila Basajewa koresponduje z kolei z gorliwym aplauzem, jakie na tymże Forum odniósł apel o modły w intencji Sida Visciousa, lidera "Sex Pistols" - jednej z najbardziej ohydnych, nihilistycznych i skrajnie antychrześcijańskich grup rockowych, jakie ta ziemia nosiła (nota bene - mordercy własnej nałożnicy).

                      Problem z takim podejściem do moralności chrześcijańskiej nie jest zresztą bolączką tylko tego Forum. Daję sobie rękę uciąć, iż gros tych, którzy w Basajewie widzą ucieleśnienie wszelkiego zła jednocześnie uznaje szereg wyjątków od negatywnych norm moralnych. 

                        Skąd więc tyle niezrozumienia dla Basajewa? Czy rozpowszechnionemu wszem i wobec sytuacjonizmowi naprawdę tak trudno zrozumieć intencje i sposób myślenia tego czeczeńskiego terrorysty? Czy system etyczny, który pozwala - w mniejszej lub większej ilości sytuacji - popełniać najróżniejsze złe uczynki, od kłamstwa, poprzez cudzołóstwo, aż na morderstwie niewinnego kończąc - rzeczywiście może stać się tak bezwzględny i absolutny w swym odrzuceniu terroryzmu? Czy troska o życie niewinnych, która posuwa się do uprawomocniania mordu na innym niewinnym, kłamstwa lub cudzołóstwa doprawdy nie potrafi postawić się na miejscu Basajewa?

                      Spróbujmy wczuć się w skórę tego człowieka? Jakie myśli mogły pojawiać się w jego głowie, gdy wysyłał swych podwładnych przeciw uczniom szkoły podstawowej? Zapewne miał wówczas przed oczyma 50 tyś czeczeńskich dzieci wymordowanych w ciągu zaledwie kilku lat przez ruskie żołdactwo. Pewnie słyszał wówczas krzyk i płacz tych dzieci, kiedy zaćpani i zapijaczeni bandyci w mundurach gwałcili je na oczach ich rodziców, by następnie dokonać tego samego na ich matkach i ojcach. Myślę, że wzbierała wówczas nim złość, rozpacz i desperacja. Zapewne uznał, iż poświęcenie życia kilkuset rosyjskich dzieci będzie słusznym środkiem do zatrzymania wyrafinowanej rzezi kolejnych 50 tyś. czeczeńskich malców.  Może wreszcie myślał, iż mordując te dzieci zaoszczędzi im tylko nieszczęścia życia w skrajnie zdemoralizowanym społeczeństwie, w którym aborcji jest więcej niż urodzeń, a zamiast dzieci jak grzyby po deszczu rosną nowe sex schopy i domy publiczne?        

                     Jakiekolwiek myśli pojawiały się wówczas w głowie Szamila Basajewa nie zdołały one przekształcić morderstwa niewinnego/ niewinnych (niezależnie czy ofiara byłaby tu jedna, czy byłoby ich tysiące) w coś dozwolonego. Chociaż etyka sytuacjonistyczna powinna dla tego rodzaju czynów znaleźć dobre uzasadnienie, to tradycyjna moralność chrześcijańska jest tu niewzruszona i absolutna. Jakkolwiek twardo i bezwzględnie może to brzmieć,  żaden najświętszy nawet cel, jakakolwiek choćby najbardziej ekstremalna i najtrudniejsza okoliczność nie daje nikomu prawa do zdeptania którejkolwiek z negatywnych norm moralnych. Katolicka teologia moralna mówi o "aktach wewnętrznie nieuporządkowanych" to znaczy złych w swej istocie, których nie wolno dopuszczać się nigdy i nigdzie, od zakazu których nie ma absolutnie żadnego wyjątku[1].               

                    Czy więc rację mają ci, którzy wysyłają Basajewa ekspresem do piekła, wyzywając go od najgorszych i stawiając go w jednym rzędzie z ludobójcami typu Stalina czy Hitlera? Otóż nie. Taka postawa to kolejny błąd i grube nadużycie. Kto tak czyni, zapomina o innej z tradycyjnych zasad moralnych, która mówi, iż co prawda dobre intencje i szczególne okoliczności nie mogą przemienić złego uczynku w akt dobry lub choćby dozwolony, to jednak mogą one łagodzić jego zło oraz indywidualną odpowiedzialność zań sprawcy[2]. Chociaż nigdy nie mamy prawa dokonać czegoś złego w swej istocie, to jednak pomiędzy wagą moralną różnych złych uczynków nie ma równości. Mord dokonany na nienarodzonym dziecięciu w obawie o życie matki nie dorównuje przecież swą szpetnością aborcji motywowanej troską o karierę zawodową. Połknięcie cyjanku w obawie przed wydaniem niewinnych ludzi na torturach na pewno nie jest tym samym co założenie sobie pętli na szyję sprowokowane depresją z powodu nadwagi lub łysienia. Cudzołożenie od wpływem gróźb, szantażu, w nadziei ocalenia niewinnych bez wątpienia nie równa się obcowaniu przed lub pozamałżeńskiemu czynionemu dla rozrywki lub w imię powiedzonka: "Przecież my się i tak kochamy" . 

              Na podobnej zasadzie nie wolno stawiać znaku równości pomiędzy zorganizowanym przez Armię Krajową zamachem w berlińskim metrze, a oddziałami SS, które w systematycznych i regularnych rzeziach wymordowały kilkanaście milionów Żydów, Ukraińców, Rosjan i Polaków. Zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki oraz naloty dywanowe na Drezno były rzeczą straszną, ale w żaden sposób nie dorównywały temu co Niemcy wyprawiali w Oświęcimiu, Treblince, Dachau, Sobiborze i wielu, wielu innych miejscach.

                      Wszystkie z wymienionych wyżej tu czynów są zawsze i wszędzie zakazane oraz niemiłe Panu Bogu, lecz różne jest natężenie tkwiącego w nich zła, a co za tym idzie stopnia moralnej odpowiedzialności osób je dokonujących. Inny jest ich kontekst, skala, proporcje i okoliczności. Dlatego też nie wolno stawiać na tej samej płaszczyźnie ludzi, którzy dokonali złych czynów działając w diametralnie różnych okolicznościach i kierując się zupełnie odmiennymi pobudkami. Co więcej nie usprawiedliwiając i nie uniewinniając złych uczynków inspirowanych chwalebnymi intencjami i ekstremalnie trudnymi okolicznościami, można dla ich sprawców zachować wiele szacunku i współczucia.  Takie samo jest też podejście Pisma świętego do niektórych postaci, które w dobrej wierze dokonały pewnych złych uczynków. Pismo święte nie uznaje wcale, iż dobre intencje uczyniły owe akty dobrymi lub choćby dozwolonymi, ale jednocześnie nie odmawia ich sprawcom dobrego imienia i miejsca w gronie swych pozytywnych bohaterów. Wymieńmy  kilka tego przykładów:

·       Jefte był przekonany, iż wierność przysiędze złożonej Wszechmogącemu zobowiązuje go złożyć w krwawej ofierze niewinną istotą ludzką; własną córkę. Co też uczynił (Sdz 11).

·       Judyta by ratować swój naród przed uciskiem i niewolą postanawia ubrać się tak, by wzbudzić pożądanie we wrogim królu Holofernesie, a następnie, aby móc go zabić, upija go winem (Jud. 10 -13)[3].

·       Prostytutka Rahab ratuje życie izraelskim zwiadowcom za pomocą kłamstwa (Joz. 2)[4].

Terroryści czy partyzanci?

Z wyłożonych powyżej powodów nie sposób uznać Basajewa za najzwyklejszego bandytę, kryminalistę czy mordercę. Powtórzę jeszcze raz: kierowane przez niego ataki na rosyjską ludność cywilną były absolutnie nie do zaakceptowania. Tym nie mniej jednak  w jego wypadku mieliśmy do czynienia z szeregiem okoliczności, które znacznie łagodziły obrzydliwość uprawianego przezeń terroryzmu. Po pierwsze, należy odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Kto w tej wojnie jest sprawcą najprawdziwszego ludobójstwa?;  Jakie metody są stosowane na porządku dziennym przez rosyjską armię? To właśnie rosyjskie żołdactwo w ciągu swych dwóch inwazji na Czeczenię wyrżnęło prawie 200 tyś. Czeczenów, w tym 50 tyś dzieci w wieku szkolnym lub jeszcze nie chodzącym do szkoły (nierzadko ofiarami były tu niemowlęta). Zaznaczam, iż te 200 tyś. to 1/4 ludności Czeczenii. Co więcej ludobójstwo te zostało dokonane najbardziej wyrafinowanymi i brutalnymi metodami, jakie tylko może wymyślić chory, sadystyczny umysł. Typowa akcja (często będących pod wpływem narkotyków i alkoholu) rosyjskich  żołnierzy wygląda tak: żołdacy wparowują do domu, po czym gwałcą dzieci na oczach ich rodziców, następnie gwałcą rodziców na oczach ich dzieci, by na końcu wszystkich pozabijać. Do tego dochodzi jeszcze szereg innych "kanonów" rosyjskiego obchodzenia się z Czeczenami: wymyślne tortury, wycinanie wewnętrznych narządów w celu handlowania nimi, etc. Doprawdy niezwykle  trudno w takich warunkach zachować zimną krew, nie być doprowadzonym do rozpaczy i desperacji, nie ulec pokusie złamania zasady mówiącej, iż "Cel nie uświęca środków".  Poza tym trzeba wskazać również na to, iż terrorystyczne akcje Basajewa bardziej polegały nie na celowym mordowaniu cywili, ale na zamierzonym wystawianiu ich na śmiertelne niebezpieczeństwo (oczywiście, ani jedno, ani drugie, nie może być zaaprobowane jako metoda walki zbrojnej).  Przecież ludzie Basajewa mogli od razu wysadzić w powietrze zarówno  teatr na Dubrowce, jak i szkołę w Biesłanie. Nie zrobili tego, albowiem liczyli, iż te akty rozpaczy i desperacji, obudzą wreszcie sumienia i bez rozlewu niewinnej krwi dojdzie wreszcie do położenia tamy rosyjskiej rzezi. Tak się jednak nie stało i władze rosyjskie wolały narazić własnych niewinnych obywateli na śmierć, aniżeli zastopować inspirowane przez siebie masowe mordy,  zgwałcenia i grabieże.

                              Mimo wszystko, można jeszcze zrozumieć tych, którzy chcą widzieć w Basajewie wcielenie demona, albo wiernego naśladowcę Pol Pota czy Hitlera. Absurdem jest jednak patrzenie na czeczeński ruch oporu przez pryzmat uprawianego przez Basajewa terroryzmu. To tak jakby charakteryzować Armię Krajową na podstawie akcji odwetowych dokonywanych na ukraińskich i litewskich wsiach. Codzienne działania czeczeńskiego podziemia to nie ataki na szkoły, szpitale, przystanki autobusowe czy stacje metra, ale zażarta walka z uzbrojoną po zęby armią Federacji Rosyjskiej. W trakcie trwania tzw. drugiej wojny czeczeńskiej z rąk broniących swego kraju partyzantów zginęło ok. 25 tyś. rosyjskich żołnierzy. W tym samym czasie liczba ofiar wśród rosyjskiej ludności cywilnej nie sięgnęła nawet 1 tyś.  Okazuje się więc, iż terrorystyczne działania są zdecydowanym marginesem czeczeńskiego podziemia, albowiem nie stanowią nawet 5 proc. całokształtu jego działań. Przygniatająca większość (bo przeszło ich 95 proc.) akcji czeczeńskiego ruchu oporu to walka nie z przypadkowymi osobami, ale rycerski bój staczany z ludźmi, którzy z bronią w ręku przyjechali topić ich kraj we krwi i łzach. Rzecz jasna nie wolno uprawomocniać tegoż marginesu, ale nie należy też przez jego pryzmat oceniać całości. I tak można podziwiać czeczeńskich partyzantów, iż w tym bezdennym oceanie krwi, jaki zafundował im Jelcyn do spółki z Putinem, terroryści nie zdobyli wśród nich większości, a wciąż są oni wąskim marginesem. Ci, którzy dziś tak chętnie rzucają kamienie na Szamila Basajewa, i dodatkowo nazywają ogół czeczeńskich partyzantów "terrorystami", niech tylko popatrzą na siebie i zastanowią się, czy w takich warunkach, mieliby na tyle siły, by nie stać się żądnymi odwetu i krwi wroga terrorystami?

Wojna cywilizacji?

U podłoża antyczeczeńskich nastrojów często stoi mniej lub bardziej otwarcie artykułowane przeświadczenie, iż w wypadku wojny w Czeczenii mamy do czynienia z kolejną odsłoną konfliktu pomiędzy cywilizacją chrześcijańską (w tej roli miałaby tu wystąpić Rosja), a wojującym islamem (Czeczenami). Prawdą jest, iż czeczeński ruch oporu jest zdominowany przez radykalnych muzułmanów. Ale co niby reprezentować ma w tym konflikcie Rosja? Cywilizację Chrześcijańską? Czy obrońcą i krzewicielem  chrześcijaństwa można nazwać państwo rządzone przez postkomunistów, byłych agentów KGB  i mafię? Kraj, w którym zdziczenie moralne szerzy się w zastraszającym tempie, tak , że - pod niejednym względem - przekracza swymi rozmiarami osławioną degenerację narodów Zachodu? Czy nasi rodzimy czeczenofobi i islamofobi naprawdę uważają, iż bliższa chrześcijaństwu jest zdziczała i zniszczona przez 70 lat panowania bezbożnego bolszewizmu Rosja? A zresztą, jeśli nawet niektórzy rosyjscy żołnierze traktują wojnę w Czeczenii jako swoistą  antymahometańską krucjatę to masowe mordy i zgwałcenia dokonywane w Imię Jezusa na pewno żadnego muzułmanina nie przekonają do wiary chrześcijańskiej.

Requiescat  In Pacem

Mimo wszystko więc będę się modlił za duszę Szamila Basajewa, a nawet, nie waham się stwierdzić, iż mam silną nadzieję ujrzeć go o swej śmierci w Niebie (jeśli sam się tam dostanę). Tym bardziej pomodlę się za wszystkich poległych w nierównej walce czeczeńskich bojowników oraz za dziesiątki tysięcy zgwałconych i zamordowanych czeczeńskich niewiast i dzieci, których krew, płacz i ból sprowokował Basajewa i jemu podobnych do czynienia tego, czego czynić nie wolno nigdy.

Mirosław Salwowski

PS. Jeśli spodobał ci się ten artykuł możesz wesprzeć jego twórcę i jego rodzinę wpłacając jakąś sumę pieniężną na poniższe konto:

Miroslaw Salwowski

mBank

22 1140 2004 0000 3402 4023 1523


[1] Doktryna o absolutnej nienaruszalności negatywnych norm moralnych oraz bezwarunkowej niedopuszczalności czynienia katów wewnętrznie złych została w sposób niezwykle jasny i kategoryczny wyłożona w niejednym dokumencie Magisterium Kościoła świętego: (....) normy negatywne prawa naturalnego mają moc uniwersalną: obowiązują wszystkich i każdego, zawsze i w każdej okoliczności. Chodzi tu bowiem o zakazy, które zabraniają określonego działania  semper et pro semper, bez wyjątku, ponieważ wyboru takiego postępowania w żadnym przypadku nie da się pogodzić z dobrocią woli osoby  działającej, z jej powołaniem do życia z Bogiem i do komunii z bliźnim. Nikomu i nigdy nie wolno łamać przykazań, które bezwzględnie obowiązują wszystkich (...)  istnieją zachowania, które nigdy i w żadnej okoliczności nie mogą uchodzić za działania właściwe - to znaczy za zgodne z ludzką godnością (...) Kościół zawsze nauczał, że nie należy nigdy popełniać czynów zabronionych przez przykazania moralne, ujęte w formie negatywnej w Starym i Nowym Testamencie (...) Wierni mają obowiązek uznawać i zachowywać szczegółowe normy moralne, ogłoszone i nauczane przez Kościół w imię Boga, Stwórcy i Pana. Kiedy apostoł Paweł stwierdza, że przykazanie miłowania bliźniego jak siebie samego stanowi wypełnienie całego prawa (por. Rz 13, 8 - 10), nie osłabia znaczenia przykazań, ale raczej je potwierdza, ukazuje bowiem ich wymogi i ich powagę. Miłość Boga i miłość bliźniego jest nieodłączna od zachowywania przykazań Przymierza odnowionego przez krew Chrystusa i przez dar Ducha Świętego. (...) Dzięki świadectwu rozumu wiemy (...), że istnieją przedmioty ludzkich aktów, których nie można przyporządkować Bogu, ponieważ są one radykalnie sprzeczne z dobrem osoby stworzonej na jego obraz. Tradycyjna nauka moralna Kościoła mówi o czynach, które są "wewnętrznie złe": są złe zawsze i same w sobie, to znaczy ze względy na swój przedmiot, a niezależnie od ewentualnych intencji osoby działającej i od okoliczności. Dlatego nie umniejszając w niczym wpływu okoliczności, a zwłaszcza intencji na moralną jakość czynu, Kościół naucza, że << istnieją akty, które jako takie, same  w sobie niezależnie od okoliczności, są zawsze wielką niegodziwością ze względu  na przedmiot>> (...)  (...) Tak więc okoliczności  lub intencje nie zdołają nigdy przekształcić czynu ze swej istoty niegodziwego ze względy na przedmiot w czyn <<subiektywnie>> godziwy lub taki którego wybór można usprawiedliwić (...). Chrześcijanie szczycą się tym, że słuchają raczej Boga niż ludzi (por. Dz 4, 19; 5, 29), co gotowi są poświadczyć nawet męczeństwem,  jak to uczynili święci i święte Starego i Nowego Testamentu, którzy zasłużyli sobie na to miano, ponieważ woleli oddać życie raczej niż dokonać jakiegoś czynu sprzecznego z wiarą lub cnotą (...) Już w Starym Przymierzu spotykamy się z godnymi podziwu świadectwami wierności wobec świętego prawa bożego, aż do dobrowolnego przyjęcia śmierci. Ich symbolem może być historia Zuzanny: dwaj niesprawiedliwi sędziowie, którzy grożą jej śmiercią ponieważ nie chce ulec ich nieczystym żądzom słyszą odpowiedź: << jestem w trudnym ze wszystkich położeniu. Jeżeli to uczynię, nie ujdę waszych rąk. Wolę jednak niewinna wpaść w wasze ręce , niż zgrzeszyć wobec Pana>>. Zuzanna, która wolała niewinna wpaść w ręce sędziów, daje świadectwo nie tylko wiary i zaufania do Boga, ale także posłuszeństwa wobec prawdy i absolutnych wymogów porządku moralnego: swoją gotowością  przyjęcia męczeństwa głosi, ze nie należy czynić tego, co prawo Boże uznaje za złe, a by uzyskać w ten sposób jakieś dobro. Wybiera dla siebie lepszą cząstkę: przejrzyste, bezkompromisowe świadectwo  prawdzie dotyczącej dobra (...). Kościół ukazuje wiernym przykłady licznych świętych (...), którzy głosili i bronili prawdę moralną aż do męczeństwa, ALBO WOLELI UMRZEĆ NIŻ POPEŁNIĆ CHOĆBY JEDEN GRZECH ŚMIERTELNY.  Wyniósł ich do chwały ołtarzy , to znaczy kanonizował ich świadectwo i publicznie uznał za słuszne ich przekonanie, ŻE MIŁOŚĆ BOGA KAŻE BEZWARUNKOWO PRZESTRZEGAC JEGO PRZYKAZAŃ NAWET W NAJTRUDNIEJSZYCH OKOLICZNOŚCIACH I NIE POZWALA ICH ŁAMAĆ NAWET DLA RATOWANA WŁASNEGO ŻYCIA (...) Męczeństwo odrzuca JAKO ZŁUDNE I FAŁSZYWE WSZELKIE LUDZKIE TŁUMACZENIA, JAKIMI USIŁOWAŁOBY SIĘ USPRAWIEDLIWIĆ - NAWET W WYJĄTKOWYCH OKOLICZNOSCIACH - AKTY MORALNIE ZŁE ZE SWEJ ISTOTY (...) Jeśli męczeństwo jest najwyższym świadectwem o prawdzie moralnej, do którego stosunkowo nieliczni są wezwani, to istnieje także obowiązek świadectwa, które wszyscy chrześcijanie winni być gotowi składać każdego dnia, nawet za cenę cierpień i wielkich ofiar. Wobec rozlicznych bowiem trudności czy też w najzwyklejszych okolicznościach wymagających wierności ładowi moralnemu, chrześcijanin jest wezwany, z pomocą łaski Bożej wypraszanej na modlitwie, do heroicznego nieraz zaangażowania, wspierany przez cnotę męstwa (...) ( Jan Paweł II, "Veritatis splendor, 52, 76, 80 - 81, 91 - 93). Jeśli czyny są same z siebie grzechami, jak na przykład kradzież, cudzołóstwo, bluźnierstwo, lub tym podobne, to któż ośmieliłby się twierdzić, że gdy dokonane zostają dla dobrych powodów, nie są już grzechami lub - co jeszcze bardziej nielogiczne - są grzechami usprawiedliwionymi? (Św. Augustyn, "Contra mendacium"). W rzeczywistości (...) chociaż wolno niekiedy tolerować mniejsze zło moralne dla uniknięcia  jakiegoś większego zła lub dla osiągnięcia większego dobra, to jednak nigdy nie wolno, NAWET DLA NAJPOWAŻNIEJSZYCH PRZYCZYN. CZYNIĆ ZŁA, ABY WYNIKŁO  Z NIEGO DOBRO. Innymi słowy, nie wolno wziąć za przedmiot pozytywnego aktu woli tego co ze swej istoty narusza ład moralny - a co tym samym należy uznać za niegodne człowieka - nawet w wypadku, JEŚLI ZOSTAJE TO DOKONANE W ZAMIARZE ZACHOWANIA LUB POMNOŻENIA DÓBR POSZCZEGÓLNYCH LUDZI, RODZIN LUB SPOŁECZEŃSTWA (Paweł VI, "Humanae vitae" 14).  Błędna jest więc ocena moralności czynów ludzkich, BIORĄCA POD UWAGĘ TYLKO INTENCJĘ, KTÓRA JE INSPIRUJE, LUB OKOLICZNOŚCI (ŚRODOWISKO, PRESJA SPOŁECZNA LUB KONIECZNOŚĆ DZIAŁANIA, ITD.) STANOWIĄCE ICH TŁO. ISTNIEJĄ CZYNY, KTÓRE Z SIEBIE I W SOBIE, NIEZALEŻNIE OD OKLICZNOŚCI I INTENCJI, SĄ ZAWSZE I BEZWZGLĘDNIE NIEDOZWOLONE ZE WZGLĘDU NA ICH PRZEDMIOT, JAK BLUŹNIERSTWO I KRZYWOPRZYSIĘSTWO, ZABÓJSTWO I CUDZOŁOSTWO. Niedopuszczalne jest czynienie zła, by wynikło z niego dobro (KKK 1756).

Dobra intencja (np. pomoc bliźniemu) NIE CZYNI ANI DOBRYM, ANI SŁUSZNYM ZACHOWANIA, KTÓRE SAMO W SOBIE JEST NIEUPORZĄDKOWANE (jak KŁAMSTWO  czy oszczerstwo). Cel nie uświęca środków (...) (KKK 1753). 

 

[2] Okoliczności, a w tym także konsekwencje, są drugorzędnymi elementami czynu moralnego. Przyczyniają się one do powiększenia lub zmniejszenia dobra lub zła moralnego czynów ludzkich (np. wysokość skradzionej kwoty). Mogą one również zmniejszyć lub zwiększyć odpowiedzialność sprawcy (np. działanie ze strachu przed śmiercią). Okoliczności NIE MOGĄ SAME Z SIEBIE ZMIENIĆ JAKOŚCI MORALNEJ SAMYCH CZYNÓW; NIE MOGĄ UCZYNIĆ ANI DOBRYM, ANI SŁUSZNYM TEGO DZIAŁANIA, KTÓRE JEST SAMO W SOBIE ZŁE ( KKK 1754). Jeśli czyny są wewnętrznie złe, dobra intencja lub szczególne okoliczności mogą łagodzić ich zło, ale nie mogą go usunąć: są to czyny nieodwracalnie złe, same z siebie i same w sobie niezdatne do tego, by je przyporządkować Bogu i dobru osoby (Jan Paweł II, "Veritatis Splendor" 81).

[3] W tej biblijnej historii nie było złe, iż Judyta uśmierciła Holofernesa, albowiem ów człowiek, jako gnębiciel ludu wybranego i niesprawiedliwy agresor był złoczyńcom, zaś V przykazanie w sposób absolutny zakazuje tylko niszczenia niewinnego życia ludzkiego. Złem było jednak to, iż Judyta dążąc do uśmiercenia tego złoczyńcy posłużyła się niegodziwymi środkami, pobudzając Holofernesa do grzechu bezwstydnych spojrzeń i pijaństwa.

[4] Wedle tradycyjnej nauki katolickiej kłamstwo należy do aktów wewnętrznie nieuporządkowanych, tak też jest ono zawsze i wszędzie zakazane: Kłamstwo jest ze swej natury godne potępienia. Jest profanacją słowa, które ma za zadanie komunikować innym poznaną prawdę (Katechizm Kościoła Katolickiego, n. 2485). Dlatego też my wnosimy, według św. Augustyna i według św. Tomasza, że nie należy nigdy kłamać , ani w sprawie religii, które gruntem jest prawda; ani pod pozorem chwały Boga, który nie może być uwielbiony tylko przez tryumf prawdy; ani dla odwrócenia grzesznika od zbrodni; ani dla ocalenia życia niewinnemu lub dla pozyskania duszy będącej w niebezpieczeństwie" (Kardynał Gousset, "Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników", Warszawa 1858, s. 269 -270).  "Taka jest nauka świętego Augustyna o kłamstwie, a jest ona nauką całego Kościoła. Kłamstwo jest rzeczą złą samą w sobie; nie wolno przeto nigdy kłamać, nawet w celu rozrywki własnej lub dla zabawy  innych, lub też dla swego usprawiedliwienia się, lub okazania przysługi bliźniemu. Żadna okoliczność, żaden zamiar, jakkolwiek dobry sam w sobie, nie może oczyścić ze złości tego, co jest z natury swojej złym" (ks. Ambroży Guillois, Wykład historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny i kanoniczny wiary katolickiej, Wilno 1863, s. 279 - dzieło ofiarowane Ojcu św. Piusowi IX, zaszczycone podziękowaniem  Jego Świątobliwości, tudzież aprobatą i pochwałami wielu kardynałów, arcybiskupów i biskupów). Wszystkie te rodzaje kłamstw są grzechem. Nie wolno więc nigdy kłamać, ani dla uniknięcia śmierci i mąk, ani dla zachowania sobie samemu lub innym życia, sławy lub majątku, ani dla ocalenia niewinnego, niesłusznie oskarżonego, ani nawet dla zapewnienia bliźniemu zbawienia (Ks. J. Gaume, "Zasady i całość wiary katolickiej, czyli wykład jej historyczny, dogmatyczny, moralny, liturgiczny, apologetyczny, filozoficzny i socjalny, od stworzenia świata aż do naszych czasów", Kraków 1870, t. IV, s. 445). Problem z kłamstwem w tradycyjnej teologii moralnej polega jedynie na tym, iż istnieją w jej obrębie różne definicje tego czynu. Ogół teologów starożytnych i średniowiecznych uznawał za kłamstwo wszelkie celowe wprowadzenie w błąd bliźniego. Teologowie nowożytni z kolei, uznając, iż wszelkie kłamstwo jest zakazane, jednocześnie skłonni są nie uznawać za kłamstwo celowe wprowadzania w błąd tych osób, które nie mają prawa znać danej informacji.

do góry