| |||||
|
Istnieją cztery prawdy wiary i moralności katolickiej, które stanowią główny oręż przeciwników ekumenizmu. Pierwsza z nich głosi, iż "poza Kościołem nie ma zbawienia". Druga obwiesza, że "heretycy, schizmatycy, żydzi i poganie, jeśli przed śmiercią nie przyjmą wiary katolickiej pójdą do piekła". Trzecia ogłasza, iż tylko wiara katolicka jest drogą do Nieba. Czwarta mówi o tym, iż grzechy przeciw wierze są znacznie gorsze, aniżeli występki przeciw porządkowi moralnemu. Na podstawie tych czterech zasad, nieustannie piętnuje się ekumenizm jako zdradę prawdziwej religii i jedno z głównych nieszczęść "posoborowego Kościoła". Choć wrogowie ekumenizmu zgadzają się z tym, iż innowiercy mogą być zbawieni, to jednak twierdzą, iż dokonuje się to wyjątkowo, a i tak co do ogółu ludzi nie wyznających katolicyzmu, należy domniemywać ich zawinioną winę w tym względzie. Zasadniczą optyką względem wyznawców niekatolickich i niechrześcijańskich religii winno być zatem postrzeganie ich, jako zdążających do piekła, bo tkwiących w grzechu śmiertelnym, dusz. W tej perspektywie mało sensowne staje się więc chwalenie dobrych czynów i postaw występujących wśród innowierców. Póki nie nawrócą się oni na wiarę katolicką, póty ich cnotliwe życie, nie będzie miało wartości nadprzyrodzonej, albowiem nie będzie ono dokonywane w imię prawdziwej miłości do Boga. Na nic więc zdadzą się wielkie cnoty w wykonaniu protestantów. Czystość, trzeźwość, skromność, jałmużny, przebaczanie wrogom - będzie niewiele warte bez wiary katolickiej. Bez wiary katolickiej wszystko to nie da im Nieba, albowiem ciągle będą oni obciążeni czymś o wiele gorszym, od nieczystości, nieskromności, pijaństwa, nienawiści do bliźnich czy braku przebaczenia. Wciąż będą oni wyznawać herezję, co jest zdecydowanie bardziej obmierzłe Panu Bogu, niźli wszelka niemoralność. Co więcej dobro innowierców może być nie tylko bezowocne, ale stanowić wykreowaną przez diabła pułapkę, która ma celu przekonać katolików do słuszności herezji. Zaprezentowany powyżej tok myślenia o innowiercach, zdaje się podzielać spora część katolickich tradycjonalistów. Stąd też wypływa opór względem głównych punktów ekumenizmu. Jak można nie nawoływać protestantów i prawosławnych, by przyjęli wiarę katolicką, skoro ci, jako heretycy i schizmatycy podążają ku wiecznemu potępieniu? Czy można chwalić dobre życie innowierców, a nawet mówić, o owocach świętości wśród nich występujących, jeśli herezja, jaką ci wyznają czyni w bezowocnym perspektywie nadprzyrodzonej wszelkie dobro, które uczynili? Zdecydowana większość tradycjonalistycznych katolików widzi więc w innowiercach najgorszych grzeszników, których trzeba czym prędzej nawrócić, w przeciwnym razie pójdą oni bowiem do piekła. Oblicza antyekumenizmu, czyli zielonoświątkowcy gorsi od sodomitów Kiedy mamy do czynienia z tak negatywnym spojrzeniem na niekatolików i niechrześcijan, trudno się dziwić, iż konkretne przykłady dobra występującego wśród nich, nie robią na części tradycjonalistycznych katolików wrażenia. Skrajnym tego uwidocznieniem była sprawa zaproszenia przez środowisko "Christianitas" i "Frondy" Ake Greena, zielonoświątkowego pastora ze Szwecji, który został skazany przez tamtejszy sąd za umocowaną biblijnie krytykę homoseksualizmu. Wśród katolickich tradycjonalistów odezwały się wówczas wcale nierzadkie głosy dezaprobaty dla tej inicjatywy. Krytyka zaproszenia Greena, jako autorytetu w sprawie walki z pro-homoseksualnym lobby, obracała się wokół wyznawania przezeń protestantyzmu. Mówiono zatem: "Green to heretyk, a więc ktoś dopuszczający się jeszcze większego zła, aniżeli homoseksualizm. Zapraszanie go, w roli pozytywnego bohatera, uwiarygodnia jego herezję. Walcząc z homoseksualną obrzydliwością wspiera się herezję, która jest czymś jeszcze bardziej ohydnym". Tego rodzaju zastrzeżeń w wykonaniu tradycyjnych katolików względem doceniania dobra czynionego przez innowierców jest więcej. Spore kontrowersje w tych kręgach wzbudza choćby sprawa dokonywanych przez katolików razem z protestantami akcji antyaborcyjnych. Mój znajomy, będący jednym z czołowych polskich sedewakantystów, dzielił się kiedyś wrażeniami na ów temat. Niby z zasady nie piętnował tego rodzaju ekumenizmu, ale w jego wywodach wyraźnie wyczuwało się spore wątpliwości odnośnie sensowności takiegoż działania. Powiadał on: "aborcja to zło, herezja jest jednak jeszcze większą nieprawością. Trzeba bardzo uważać więc, by walczyć z heretykami przeciw mordowaniu nienarodzonych nie popaść w relatywizm". Myliłby się ten, kto zacieśniałby ów odcień antyekumenizmu, jedynie do sedewakantystów. Krytyka dowartościowywania dobra w wykonaniu innowierców wydaje się być popularna zarówno w kręgach lefebrystów, jak i tzw. indultowców. W tych środowiskach bez trudu można napotkać się na twierdzenia typu: "Trzymam się z dala od ruchów promujących cnotę czystości (na Zachodzie), bo pełno jest tam protestanckich sekciarzy"; "Co z tego, że <Kaka> (brazylijski piłkarz), chce zachować dziewictwo do ślubu, przecież on i tak jest zielonoświątkowcem". Nawet wówczas, gdy Amisze zadziwili cały świat swą pełną miłości, nadziei wiary postawą, wobec wielkiej tragedii, jaka ich spotkała (chodzi o wymordowanie przez szaleńca kilku małych Amiszek, a następnie wybaczenie przez Amiszów sprawcy tej zbrodni) tradycjonaliści wydawali się być tym niewzruszeni. Cóż, być może sądzili, że nawet przebaczenie mordercy własnych dzieci, może być inspirowaną demonicznie pułapką mającą łapać dusze w herezje... Zawsze antyekumeniczna niechęć do widzenia w innowiercach autentycznego dobra przebiegała po linii: "to heretycy, a więc są najgorszymi grzesznikami, jeśli się nie nawrócą czeka więc ich piekło, co więc im po ich dobrych uczynkach". Fundamentalny błąd wrogów ekumenizmu Gdzie tkwi błąd w myśleniu wrogów ekumenizmu? Czy jest nim przypominanie nauki o tym, iż herezja jest jednym z najgorszych grzechów, gorszym nawet od cudzołóstwa czy homoseksualizmu? Nie, jakkolwiek nie podobało by się to współczesnemu człowiekowi, twierdzenie owo jest, w świetle wiary katolickiej logiczne i uzasadnione. Czy jest nim może mówienie o tym, iż wszyscy heretycy i schizmatycy pójdą do piekła, jeśli przed swą śmiercią nie nawrócą się na katolicyzm? I to może wywołać zawał u przeciętnego konsumenta mass mediów, ale nie zmienia to faktu, iż jest to prawda wiary katolickiej? A może błędem jest traktowanie dobrych uczynków popełnianych przez heretyków jako bezużytecznych dla ich życia w Niebie. I tym razem, tradycjonaliści się nie mylą. Herezja jest grzechem śmiertelnym, a człowiek umierający choćby w jednym ciężkim występku idzie do piekła, choćby i przedtem rozdał całą swą majętność nędzarzom. Błąd antyekumenistów polega na praktycznym niedostrzeganiu bądź lekceważeniu w stosunku do innowierców szalenie istotnego rozróżnienia pomiędzy byciem heretykiem, a wyznawaniem heretyckich przekonań. W Kościele świętym obok gorliwego obrzydzenia i potępiania dla herezji, zawsze istniała świadomość tego, iż można wyznawać heretyckie poglądy nie będąc jednocześnie, w pełnym i właściwym tego słowa znaczeniu, heretykiem. Chociaż każdy heretyk wyznaje heretyckie poglądy, nie każda osoba mająca heretyckie przekonania jest już heretykiem. Prawda, że w Kościele nie zawsze akcentowano to rozróżnienie, jednak zawsze było ono mniej lub bardziej w myśli katolickiej obecne. Stąd też wywodzi się tradycyjnie katolicki podział na "heretyków formalnych" i "heretyków materialnych". Ci pierwsi, wyznają heretyckie poglądy z pełną świadomością tego, iż nie podobają się one Panu Bogu, że są one złe, przewrotne i kłamliwe. Ich pycha każe jednak dyktować Najwyższemu, to co ten ma myśleć i przedstawiać swe poglądy, jako prawowierne i zgodne z Bożym Objawieniem. Taka postawa jest rzeczywiście znacznie bardziej wstrętna, aniżeli grzechy przeciw moralności i choćby nie szły za nią inne nieprawości, to wystarcza, by ów heretyk poszedł po śmierci na wieczne męki. Heretycy materialni choć mogą wyznawać te same błędne poglądy, co heretycy formalni, fundamentalnie się od nich różnią. Błądzą nie dlatego, że uważają, iż wiedzą lepiej od Pana Boga, ale są w tym względzie ofiarami niezawinionej przez nich niewiedzy, uprzedzeń czy zgorszeń. Kochają oni prawdę, chcą służyć Wszechmocnemu, ale w pewnych sprawach wyznają błędne poglądy nie z własnej winy. Tacy "heretycy" mimo swych błędnych poglądów, pozostają w łasce uświęcającej, a przez to są mili Panu Bogu. Jeśli więc umrą, pójdą do Nieba, nawet w wypadku nie wyrzeknięcia się przed śmiercią swych heretyckich poglądów. Również dobro, które uczynili oni za życia, będzie owocowało w ich wypadku większym szczęściem niebieskim; z pewnością więc, nie będzie ono w perspektywie nadprzyrodzonej bezwartościowe. Tradycyjna teologia katolicka na określenie "heretyków materialnych" zna jeszcze termin "bracia błądzący". Odnośnie więc ludzi wyznających heretyckie przekonania należałoby stosować rozróżnienie na "heretyków" oraz "braci błądzących". Innowiercy - bracia błądzący czy heretycy? Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że antyekumenicznie nastawieni tradycjonaliści szybko skontrują przywołane przez mnie rozróżnienie na "heretyków" i "błądzących" twierdzeniem, jakoby wobec ogółu innowierców należałoby stosować domniemanie herezji formalnej. Czyż bowiem zazwyczaj innowiercy nie wiedzą o istnieniu Kościoła katolickiego? A jeżeli o tym wiedzą, to przecież mają okazję poznać prawdziwą wiarę. A więc, jeśli tego nie uczynią, będą, jako formalni heretycy, wiecznie potępieni. Tego typu rozumowanie zakłada, iż wystarczy wiedzieć, iż istnieje coś takiego jak katolicyzm, by stać się winnym formalnej herezji. Nietrudno jednak dowieść, iż w Kościele świętym tradycyjne rozróżnienie pomiędzy "heretykami formalnymi" a "heretykami materialnymi" i "heretykami" oraz "błądzącymi" było stosowane także względem zdeklarowanych innowierców. I tak np. już św. Augustyn uczył: "Ci, którzy bez uporu wygłaszają fałszywe i przewrotne mniemania, zwłaszcza jeżeli nie nabyli ich z zarozumiałości i zuchwalstwa, lecz otrzymali je od oszukanych i błądzących rodziców, a skądinąd z całą troskliwością i ostrożnością szukają prawdy, gotowi poprawić się, gdy tylko ją znajdą - ci nie należą żadną miarą do właściwych heretyków" ("Epist. 43 ad Glor") [1] . Nawet ks. Piotr Skarga, któremu zaiste trudno jest dorównać w jego wstręcie wobec wszelkich herezji, przypominał, iż pośród zwolenników protestantyzmu istnieją tacy, "którzy choć błądzą, jednak uporni nie są, i nauczyć się a do dobrego przywieść pragną" [2] . Św. Klemens Maria Hofbauer w rozmowie z pewnym luterańskim wydawcą stwierdzał zaś: "Odstępstwo od Kościoła zostało spowodowane tym, że Niemcy pragnęli i pragną nadal być pobożnymi ludźmi" [3] . W ten sposób ów Święty przynajmniej zasugerował, iż nie zawsze wyznawanie herezji musi łączyć się ze złą wolą błądzącego. Wybitny katolicki teolog, ks. Ignacy Charszewski uczył z kolei na ten temat w takich słowach: " urodzeni w herezji w ogóle w oczach Kościoła nie uchodzili za formalnych heretyków, lecz uważani byli raczej przezeń za braci błądzących bez własnej winy, i bezwiednie do Kościoła katolickiego należących" [4] . Prawda o występowaniu wśród innowierców dobrej wiary i nieprzyzwyciężonego błędu znalazła swe odzwierciedlenie także w oficjalnym, przedsoborowym nauczaniu Magisterium Kościoła. Na ten temat wypowiedział się choćby bł. Pius IX, który uczył: "Trzeba przyznać, że ten, kto nie zna prawdziwej religii, jest niewinny w oczach Boga, o ile jego niewiedza jest nieprzyzwyciężona. Któż jednak mógłby rościć sobie prawo by bliżej określić granice takiej niewiedzy, przy nieskończonych różnicach i różnorodności ludów, krajów i umysłów, uwzględniając tak wiele innych okoliczności" ( Alokucja z 9 grudnia 1854 roku). Katechizm św. Piusa X ujmował kwestią zbawienia niekatolików i niechrześcijan w następujący sposób: "Człowiek, który bez własnej winy pozostaje poza Kościołem, jeżeli pozostaje w dobrej wierze i przyjął chrzest, albo przynajmniej ma ukryte pragnienie chrztu oraz jeżeli ponadto szczerze poszukuje prawdy i wypełnia wolę Bożą na miarę swych możliwości, to jest rzeczywiście oddzielony od ciała Kościoła, ale jest zjednoczony z duszą Kościoła i dlatego pozostaje na drodze zbawienia" (tamże: cz. I, IX). Św. Józef Bilczewski, arcybiskup Lwowa, w swym liście pasterskim o Kościele Chrystusowym deklarował zaś: "Kto bez własnej ciężkiej winy nie jest członkiem Kościoła katolickiego - może być zbawionym, jeśli mianowicie w dobrej wierze religię swoją niekatolicką uważa za prawdziwą, a w razie wątpliwości szczerze i usilnie szuka prawdy i chowa przykazania Boże. Taki innowierca choć sam nazywa się prawosławnym czy protestantem, w oczach Boga jest katolikiem, należy do duszy Kościoła rzymskiego, składającego się ze wszystkich sprawiedliwych na ziemi. A jeśli umrze w stanie łaski poświęcającej nie tylko może być zbawiony, ale idzie na pewno na szczęście wieczne z Bogiem" [5] . Można by cytować jeszcze wiele przedsoborowych wypowiedzi autorytetów kościelnych, z których wynika jasno, iż bycie członkiem heretyckiej lub schizmatyckiej wspólnoty nie zawsze było postrzegane jako popadnięcie w herezję formalną. Już tradycyjne nauczanie katolickie mówiące o tym, iż wśród innowierców są osoby, które kroczą drogą do Nieba, zakłada brak znaku równości pomiędzy byciem niekatolikiem a staniem się heretykiem. W przeciwnym razie musielibyśmy wszak uznać, iż już na długo przed Soborem Watykańskim II Magisterium kościelne zanegowało nieomylne nauczanie Florentinum mówiące o tym, iż heretycy i schizmatycy znajdują się na drodze do piekła. Wniosek jest więc jasny: nie wszyscy protestanci to heretycy, i nie wszyscy prawosławni są schizmatykami. Trudno jest więc dopatrywać się herezji czy chociażby błędu w nauczaniu Soboru Watykańskiego II, który w odniesieniu do niekatolików uczy: " Tych zaś, którzy obecnie rodzą się w takich Społecznościach i przepajają się wiarą w Chrystusa, nie można obwiniać o grzech odłączenia. A Kościół katolicki otacza ich braterskim szacunkiem i miłością. Ci przecież, co wierzą w Chrystusa i otrzymali ważnie chrzest, pozostają w jakiejś, choć niedoskonałej wspólnocie ze społecznością Kościoła katolickiego. (...)Pomimo to usprawiedliwieni z wiary przez chrzest należą do Ciała Chrystusa, dlatego też zdobi ich należne im imię chrześcijańskie, a synowie Kościoła katolickiego słusznie ich uważają za braci w Panu" ("Unitatis Redintegratio", n. 3). Czy słyszeć równa się znać? Przeciwnicy ekumenizmu mimo jasnej nauki Kościoła o możności pozostawiania innowierców na drodze zbawienia, upierają się jednak przy tym, iż względem członków niekatolickich i niechrześcijańskich wspólnot należy stosować domniemanie herezji formalnej. Mówią oni: "To prawda, że pojedynczy protestant czy żyd może być zbawiony, jednak nie znając stanu dusz innowierców, powinniśmy ich uważać za zdążających ku piekłu". Na poparcie swych tez antyekumeniści odważają się nawet powoływać na cytowane wyżej oświadczenie bł. Piusa IX, w którym ten stwierdzał, iż nie należy bliżej określać granic niepokonanej niewiedzy co do prawdziwej religii. W odpowiedzi na te argumenty trzeba przede wszystkim zauważyć, iż próba czynienia z bł. Piusa IX zwolennika tezy o domniemaniu herezji formalnej u ogółu innowierców jest jawnym przekręcaniem znaczenia jego orzeczenia w tej sprawie. Przecież kontekst wypowiedzi tego papieża jest jasny w swej wymowie. Bł. Pius IX swe słowa przestrzegające przed wyznaczaniem dokładnych granic co do niepokonanej niewiedzy wypowiadał w czasie, gdy wśród katolickich teologów popularne było ścisłe zawężanie możności zbawienia innowierców. W tamtych czasach często nierzadko, iż jeśli słyszało się o istnieniu katolicyzmu, a mimo to, nie przyjęło się wiary katolickiej, to będzie się potępionym. Powiedzenie więc, jak to zrobił bł. Pius IX: "Słuchajcie, nie wyznaczajcie bliższych granic niepokonanej niewiedzy" oznaczało tyle, co stwierdzić: "Nawet, jeśli ktoś słyszał o prawdziwym Kościele, nie mówcie, że jak się nie nawróci, to będzie potępiony. Wciąż przecież nie wiemy, czy taki człowiek poznał należycie dowody na prawdziwość wiary katolickiej". Warto również zauważyć, iż gdyby rzeczywiście zgodne z doktryną katolicką było domniemanie herezji formalnej u ogółu innowierców to mijałoby się z celem głoszenie, iż niekatolicy i niechrześcijanie, którzy nie poznali Prawdy mogą iść do Nieba (trzeba by wszak przyjąć, iż będąc "formalnymi heretykami" prawdę poznali, lecz nie chcieli jej przyjąć, a więc ich miejscem wiecznego pobytu będzie piekło). Za fałszywe należałoby także uznać zapewnienia, iż ludzi urodzeni w herezji bądź schizmie uważani są za braci błądzących, lecz nie heretyków we właściwym tego słowa znaczeniu. Istotne znaczenie ma też wyjaśnienie, iż sama wiedza, a nawet styczność z Kościołem katolickim wcale nie musi jeszcze wystarczać do poznania prawdziwej religii. Czym innym jest o czymś słyszeć, a czym innym to poznać. Niestety, ale można przypuszczać, iż zbyt często wielu katolików przedstawia swym odłączonym braciom zamiast prawdziwej religii, jej wynaturzoną, karykaturalną postać. Ogrom niemoralności w wykonaniu katolików, a także błędy i herezje panoszące się w granicach Kościoła mogą skutecznie utrudnić niekatolikom i niechrześcijanom poznanie prawdziwego oblicza katolicyzmu. W XVI wieku, gdy hiszpańscy konkwistadorzy opanowywali Meksyk, wybitny mnich, Franciszek de Vittoria uczył, iż w skutek licznych okrucieństw i nieprawości dokonywanych przez tych, mieniących się katolikami, ludzi, należy mieć poważną wątpliwość, czy ewangelizacja Indian jest dokonywana w sposób przekonywujący, a w związku z czym, czy naprawdę mieli oni okazję poznać dowody na prawdziwość wiary katolickiej. Tradycjonalistyczny ekumenizm Co ciekawe, antyekumeniczni tradycjonaliści, którzy skłonni są do szybkiego domniemywania o herezji formalnej innowierców, wykazują zadziwiająco dużo wyrozumiałości i łagodności, gdy chodzi o ocenę stanu błądzących i wyznających herezję "posoborowych" katolików. Otóż, nie ma co ukrywać, iż dla wielu tradycjonalistycznych katolików tzw. Kościół posoborowy stał się siedliskiem herezji. Błędy i herezje mają być więc głoszone w dokumentach Soboru Watykańskiego II, encyklikach posoborowych papieży, nie mówiąc już o wypowiedziach poszczególnych hierarchów, księży i teologów. Pobożny "posoborowy" katolik jawi się więc dla wielu tradycjonalistów, jako osoba wyznająca całkiem sporą dawkę herezji i błędów doktrynalnych. Z drugiej strony, przeciętny tradycjonalista skłonny jest raczej upatrywać w takowych katolikach zaledwie materialnych, ale nie formalnych heretyków. Ta łagodność ma zastosowanie również w wypadku, gdy taki tradycjonalista poucza "posoborowego" katolika, jak - jego zdaniem - wygląda prawdziwa wiara i nauka Kościoła. Mimo to jednak, tradycjonalistyczni katolicy, zazwyczaj widzą w swych "posoborowych" braciach, błądzących, ale jednak katolików, z którymi można się razem modlić, protestować przeciw złu i mieć silną nadzieję, iż wejdą oni do Nieba (choćby i do końca życia wyznawali "posoborowe herezje"). Tradycjonaliści nie mówią w ich wypadku: "Trudno, słyszałeś o ruchu Tradycji, więc, jeśli nie porzucisz posoborowych herezji, pójdziesz prosto do piekła". Tradycjonaliści odnośnie "posoborowych" katolików stosują przeróżne tłumaczenia. A to, że w obecnym zamieszaniu, niełatwo jest poznać prawdziwą naukę Kościoła, a to, że jest nieład w Kościele, który zaciemnia jego autentyczny obraz, etc. Dlaczego jednak, gdy chodzi np. o naszych braci protestantów tradycjonalistyczni katolicy nie mają już tyle wyrozumiałości i łagodności? Przecież równie dobrze tłumaczenia za pomocą, których bronią oni pobożnych "posoborowych" katolików przed zarzutem herezji formalnej, można by zastosować do wielkiej części innowierców. Czyż zachowanie wielu synów i córek Kościoła świętego nieraz nie zaciemniało i wciąż nie zaciemnia prawdziwego obrazu wiary katolickiej? Czy przeróżne kryzysy, jakie trapiły i trapią Kościół katolicki nie są w stanie wydatnie utrudnić innowiercom dotarcie do pełni prawdy? Widać więc, iż tradycjonalistyczni katolicy w głębi serca dobrze rozumieją soborową i posoborową naukę o ekumenizmie, albowiem stosują ją na co dzień wobec swych braci i sióstr z Neokatechumenatu, Odnowy w Duchu Świętym, Rodziny Radia Maryja, itp. Dobrze by było, gdyby przemyśleli sensowność ekumenicznego nastawienia wobec innowierców. Być może oni też nie są formalnymi heretykami, ale błądzącymi braćmi, z którymi można razem się modlić, chwalić Jezusa, walczyć przeciw nieprawości i mieć silną nadzieję, iż kiedyś razem spotkamy się w Raju? Domniemanie herezji formalnej u katolików Założenie, iż co do ogółu innowierców należy przyjąć raczej domniemanie herezji materialnej, aniżeli formalnej nie oznacza, jakoby nigdy nie wolno nam było w przypadku np. protestanta czy prawosławnego wysnuwać podejrzenia herezji formalnej. Bądźmy jednak szczerzy. Czy zatem nie należałoby tym bardziej podobnego podejrzenia wysunąć względem wielkiej części katolików? Statystyki i badania opinii publicznej (a także codzienne doświadczenie z osobistych rozmów i kontaktów) pokazują, iż jakieś 60-70 procent ludzi deklarujących się, jako katolicy, nie uznaje pewnych oczywistych prawd wiary i moralności katolickiej (nie chodzi mi tu tylko o postępowanie sprzeczne np. z zasadami moralnymi, ale o ideowe popieranie niemoralności, np. twierdzenie, że seks przedmałżeński czy antykoncepcja nie są złem). Podkreślam, że dotyczy to tych prawd, które wciąż są na co dzień głoszone w kościołach katolickich (nie chodzi mi tu bynajmniej więc o absolutny zakaz kłamstwa, z którym nie zgadza się jakieś 99, 9 % katolików, czy też o niebezpieczeństwo mieszanych tańców, które negowane jest przez podobną ilość). Często dotyczy to też spraw będących w dobie obecnej osią sporu pomiędzy chrześcijaństwem a świeckim humanizmem, a więc odpowiednio nagłaśnianych. Trudno zatem mówić, by takowi katolicy nie słyszeli nauczania Kościoła w danej kwestii. Półbiedy jednak, gdyby chodziło tylko o "słyszenie" nauki katolickiej. Jak to tu już wyżej nadmieniłem: "słyszeć" o czymś, nie zawsze jest odpowiednikiem słowa: "znać". Prawdziwy problem, w wypadku takich katolików pojawia się w momencie, gdy uświadomimy sobie ich wewnętrzne rozdwojenie. Wszak, skoro nadal mienią się oni katolikami, to znaczy, iż w jakimś tam sensie, uważają Kościół katolicki za prawdziwy. Z drugiej strony, w niejednym punkcie uważają odwieczną naukę tego Kościoła za nieprawdziwą. Zarazem więc chcą być katolikami, roszcząc sobie prawo do wybierania w nauce katolickiej, tego co wyda się im słuszne, odrzucania zaś doktryn uznanych za niemodne, przestarzałe czy nie pasujące do obecnych czasów. Sytuację tych katolików pogarsza jeszcze ta okoliczność, iż zazwyczaj ich bunt wobec części nauczania Kościoła nie wynika z faktu gorliwego szukania Bożej prawdy. Człowiek może bowiem gorliwie szukać prawdy, a mimo to błądzić. Wtedy trudno go nazwać formalnym heretykiem. Tak zwani "katolicy, ale" odrzucają prawdy wiary i moralności, zazwyczaj dlatego, że są one dla nich niewygodne. I jeszcze raz podkreślam nie chodzi mi tu o niemoralne postępowanie (które herezją nie jest), ale o ideowe popieranie niemoralności (które herezją już jest). Trudno np. byłoby znaleźć katolika-zwolennika współżycia przed ślubem, który do swej kontestacji doszedłby, na drodze żywego zainteresowania Biblią, żywotami Świętych, etc. Człowiekowi takiemu, po prostu nie odpowiada zakaz nierządu i cudzołóstwa. Lubi on to czynić, lecz z drugiej strony, nauka katolicka nazywa to ciężką nieprawością. Zamiast więc powiedzieć: "czynię źle, uprawiając seks bez ślubu", mówi: "Uprawiam seks bez ślubu, więc to nie może być złe, a więc Kościół w tej kwestii się myli". W przypadku opisanej wyżej mentalności dużej części katolików, można mieć więc 100 razy silniejsze podejrzenie o herezję formalną, aniżeli co do sporej części pobożnych i gorliwych innowierców. Może więc, najwyższy czas jest sobie uświadomić, iż zanim zaczniemy nawracać protestantów i innych, powinniśmy zacząć przekonywać do słuszności wiary i moralności katolickiej masy nominalnych katolików. Porządki zawsze lepiej jest zaczynać od własnego ogródka. Obalenie popularnego wśród tradycjonalistycznych katolików przekonania o potrzebie domniemania herezji formalnej u ogółu innowierców, pozwala nam znacznie życzliwej patrzeć na ekumenizm. Herezja jest z pewnością złem, które należy zwalczać, jednak z biegiem czasu, Kościół święty coraz mocniej uświadamiał sobie, iż wśród innowierców może być znacznie więcej błądzących braci, aniżeli prawdziwych i właściwych heretyków. Trudno więc nie doceniać autentycznego dobra u nich występującego oraz nie mieć silnej nadziei, że kiedyś ujrzymy ich w Niebie ( a być może wielu z nich będzie tam prędzej niż my). [1] Cytat za: Ks. Wiktor Cathrein, "Po co katolikowi Kościół?", Warszawa 2001, s. 252. [2] Cytat za: Ks. Piotr Skarga, "Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu. Na każdy dzień przez cały rok. Wybrane z poważnych pisarzów i doktorów kościelnych", Petersburg 1862, tom II, s. 287. [3] Cytat za: Karl Adam, "Poza Kościołem nie ma zbawienia", "Fronda", nr 14-15/1999, s. 191. Patrz też: "Katolicki katechizm dorosłych. Wyznanie wiary Kościoła", Poznań 1987, s. 229. [4] Cytat za: "Encyklopedia kościelna podług teologicznej encyklopedii Wetzera i Weltego z licznemi jej dopełnieniami przy współpracownictwie kilkunastu duchownych i świeckich osób wydana przez x. Michała Nowodworskiego", Tom XXVIII, Warszawa 1905, s. 537-548. [5] Cytat za: Ks. Stanisław Bartynowski, "Apologetyka podręczna. Obrona podstaw wiary katolickiej i odpowiedzi na zarzuty", Warszawa 2001, s. 381.
|