Mirosław Salwowski
msza.net
Jeszcze raz o tańcach 7.11.2007

Od kilku m-cy w Internecie wisi kolejna polemika osoby o pseudonimie "Nizam al-Mulk"

( http://www.inquisitio.info/FF/taniec_polemika.pdf ), w której człowiek próbuje udowodnić, iż prezentowane przeze mnie stanowisko w kwestii tzw. tańców damsko-męskich wcale nie musi być wyrazem tradycyjnego nauczania Kościoła. "Nizam" nie utrzymuje wprawdzie, iż moja negatywna postawa w tej sprawie jest heretycka czy w jakiś inny sposób sprzeczna z doktryną katolicką, ale swymi wywodami próbuje dowieść, iż mylę się twierdząc, że w swym powszechnym i zwyczajnym nauczaniu Kościół przestrzegał wiernych przez takowymi tańcami.

Zanim przejdę jednak do sedna polemiki Nizama, chciałbym na początku wyjaśnić jedną z nazwijmy to, bardziej personalnych kwestii, podnoszonych przeze mego oponenta. Otóż Nizam wydaje się mieć pretensje o to, że jego polemika nie została opublikowana przeze mnie w dostępnych mi mediach. Zdaje się sugerować mi w tym punkcie nieuczciwość. Tymczasem sprawa ta wygląda nieco inaczej, aniżeli on to przedstawia. Prawdą jest, że zaproponowałem Nizamowi publikację jego tekstu na prowadzonym przez mnie niegdyś portalu "Savonarola.pl". Faktem jest jednak również to, iż prosiłem Nizama, by przeredagował swój tekst, w taki sposób, by nie używał on wobec mnie, stosowanego przeze na jednym z internetowych forów pseudonimu. Uznałem bowiem, że na poziomie komunikowania się za pomocą pisanych artykułów, nieco niepoważne jest przenoszenie formy porozumiewania się rodem z internetowych forów. Nie pisuję bowiem artykułów pod pseudonimem i co najmniej niezręczne jest dla mnie odpowiadanie na artykuły, w których zamiast mego imienia i nazwiska notorycznie używa się mojej "ksywki" (Nizam zaś, w swym artykule ciągle używał mego pseudonimu zamiast mego imienia i nazwiska). Niestety "Nizam" odmówił mej prośbie. Mimo to jednak, byłem gotów opublikować jego polemikę na portalu "Savonarola.pl". Sęk w tym, że musiałem zamknąć tą witrynę i w związku z tym polemika "Nizama" się tam nie ukazała. Z tego portalu korzystam za uprzejmą zgodą jego właściciela. O ile dobrze wyczuwam intencje jego właścicieli, ich zamiarem było udostępnienie miejsca, w którym mógłbym prezentować moje teksty. Strona ta nie ma być więc dyskusyjną platformą pomiędzy różnymi publicystami. Gdybym więc zaczął dodawać teksty wszystkich mych polemistów na stronie, która pierwotnie była zaplanowana w celu prezentacji mych artykułów, bardzo łatwo popadlibyśmy w chaos. Budowa tejże strony również nie pozwala zbytnio na umieszczanie w nim artykułów innych niż mojego autorstwa. Musiałbym bowiem zawsze przy takiej okazji podawać -obok właściwego tytułu tekstu - również imię i nazwisko (ewentualnie pseudonim) jego Autora. Byłby to kolejny przyczynek do zamieszania. Kończąc ten wątek dodam tylko, że w poniższym artykule będę używał pseudonimu mego polemisty, albowiem w tenże sposób podpisał się on pod swym artykułem i nie wiem, czy życzyłby on sobie, bym podawał przy tej okazji jego imię i nazwisko. Wyjaśniam też, iż pisząc o tańcach, zawsze mam w tym artykule na myśli tańce "damsko-męskie".

Ale przejdźmy wreszcie do rzeczy. Jednym z podstawowych błędów Nizama jest sugerowanie mi twierdzeń, których nie jestem Autorem. Nie mam o to do niego pretensji, albowiem omawiany temat dla wielu jest nowy i choć w swej istocie jego przesłanie jest proste, to jednak na swym marginesie zawiera troszkę subtelności i delikatnych rozróżnień, które łatwo mogą umknąć uwadze przy pośpiesznej lekturze.

Stanowcza krytyka, ale nie zawsze potępienie
Pierwszym błędnie odczytanym przez Nizama twierdzeniem, jakie mi on przypisuje, a na podstawie, którego opiera on większość swych wywodów, jest jakobym głosił, iż Kościół święty tradycyjnie, przez 2000 lat, stanowczo "potępiał" wszelkie "tańce damsko-męskie". Niestety, ale ja czegoś takiego nie głosiłem. To co głosiłem i co wciąż podtrzymuję, to twierdzenie, iż Kościół święty tradycyjnie względem ogółu mieszanych tańców odnosił się bardzo krytycznie. Pomiędzy zaś "stanowczym potępieniem", a "stanowczą krytyką" jest pewnie niewielka, ale jednak istotna różnica. Stanowczo potępia się zazwyczaj coś, co jest zawsze i wszędzie ze swej natury złe. Stanowczo krytykuje się zaś, rzeczy, które może nie są złe ze swej istoty, ale rodzą wiele duchowych zagrożeń i niebezpieczeństw. Owszem w tradycyjnej postawie względem zabaw tanecznych istnieje wyraźny nurt skłaniający się ku potępieniu ogółu mieszanych tańców. Był on reprezentowany choćby przez św. Proboszcza z Ars, pierwszych Ojców Kościoła. Można chyba również powiedzieć, że św. Pio był wyrazicielem tegoż nurtu. Ów nurt nazwałem mianem "wrogiego" względem mieszanych tańców. Wrogowie tańca wydawali się więc zakazywać mieszanych pląsów w każdym czasie i miejscu, każdej okoliczności i sytuacji. W Tradycji Kościoła istniał jednak również nurt nieco bardziej łagodny wobec pląsów. Nazwałem go mianem "niechętnego" mieszanym tańcom. Do tegoż nurtu włączyć można np. św. Franciszka Salezego. Większa łagodność owej "frakcji" polegała zaś na tym, że dostrzegając wielkie niebezpieczeństwa związane z tańcem, godzono się na uczestnictwo w tego rodzaju imprezach w rzadkich sytuacjach, a i to przy zachowaniu wyjątkowych środków ostrożności. Zwolennicy łagodniejszego podejścia do tańców, stanowczo jednak odradzali chodzenia na tańce w zwyczajnych i normalnych okolicznościach. Ogólnie więc - tradycyjna postawa Kościoła łączyła w sobie dwa podejścia do tańców mieszanych: stanowczo potępiające (wrogie) i stanowczo odradzające (niechętne).

Wyciągając zaś jakiś wspólny mianownik z postawy "wrogiej" i "niechętnej" tańcom wyjdzie nam "stanowcza krytyka". A więc usilne przestrzeganie przed tańcami, apelowanie by trzymać się od nich z daleka, wskazywanie ogromu niebezpieczeństw z nimi związanymi, nawet jeśli nie zawsze mówiło się przy tym: "nigdy i nigdzie nie możecie tańczyć".

Wystarczy bardziej uważnie przyjrzeć się moim poprzednim artykułom nt. tańca, by zauważyć, iż nie wygłaszałem tam twierdzenia: "Kościół święty zawsze i wszędzie stanowczo potępiał tańce". To co twierdziłem i wciąż twierdzę, to: "Kościół święty zawsze i wszędzie odnosił się do tańców w sposób zdecydowanie krytyczny. Raz było to otwarte potępienie, innym razem stanowcza niechęć. Zawsze jednak, wyraźnie przestrzegano chrześcijan przed tańcami". Racja, że na pierwszy rzut oka czytelnicy zapewne nie wyłapują tychże subtelnych niuansów i rozróżnień. Tym bardziej trudne są one do wychwycenie, gdy zważy się na fakt, iż praktycznie rzecz biorąc pomiędzy stanowczą krytyką a zdecydowanym potępieniem istnieje niewielka różnica. Pisząc jednak polemikę, należy bardziej dokładnie wczytywać się w teksty, z którymi chce się dyskutować. Inaczej ryzykuje się, budowanie całości na dość chwiejnych fundamentach.

Bliska okazja do grzechu, ale nie zawsze grzech

Innym mą opinią, którą Nizam wydaje się (vel wydawał się) błędnie odczytywać jest teza, jakobym uważał wszelkie mieszane tańce za grzeszne ze swej istoty. Mój Polemista, co prawda, odnotowuje me sprostowanie w tym punkcie, ale zarazem przypisuje mi przy tym zaprzeczania samemu sobie. Powołuje się on przy tym na następujące sformułowanie mego autorstwa: "bez cienia przesady można powiedzieć, iż obecnie nie są one (mieszane tańce) już tylko <bliską okazją do grzechu>, ale zawsze lub prawie zawsze są - same w sobie - grzechem". Nizam pominął jednak przy tym początek, tego zdania, który brzmi: "Skoro w ciągu ostatnich 200, a zwłaszcza 30-40 lat, tańce damsko-męskie wykonały olbrzymi krok w kierunku radykalizacji ich nieskromności, bezwstydu i wyuzdania (...)", a następnie znajduje się cytowane przez niego dopowiedzenie: "(...) bez cienia przesady można powiedzieć, iż obecnie nie są one (mieszane tańce) już tylko <bliską okazją do grzechu>, ale zawsze lub prawie zawsze są - same w sobie - grzechem". Nizam powinien sobie też przypomnieć me podstawowe twierdzenie na temat tańców, które brzmi: " Takowe tańce, nawet jeśli po części, nie są - same w sobie nieskromne i wyuzdane - to jednak praktycznie zawsze lub prawie zawsze stanowią dla ogromnej większości ludzi bliską okazję do grzechu".

A więc po kolei: Nie wszystkie mieszane tańce ze swej natury są nieskromne i wyuzdane. Praktycznie jednak, takowe pląsy, zawsze lub prawie zawsze dla ogromnej większości dusz stanowią bliską okazję do grzechu. Współczesne tańce ze względu na wielką dawkę bezwstydu, wyuzdania i nieskromności są już nie tylko bliską okazją do grzechu, ale są zawsze lub prawie zawsze są grzechem ze swej natury. Czy istnieje jakakolwiek sprzeczność w tych wywodach? Nie, gdyż nie twierdziłem, że wszystkie tańce są grzeszne ze swej natury. Utrzymuję jedynie, iż obecnie rozpowszechnione tańce są w przygniatającej większości, same w sobie, niemoralne. Co do zaś ogółu mieszanych tańców, jakie istniały niegdyś, utrzymuję, że stanowią one dla ogromnej większości ludzi bliską okazję do grzechu. I tu jednak warto zauważyć, iż użyłem słówka "praktycznie". Pojmując więc mieszane tańce w ich wymiarze czysto teoretycznym i abstrakcyjnym, można powiedzieć, iż same w sobie, nie są one, bliską okazją do grzechu. W wymiarze jednak konkretnym, realnym i praktycznym, mieszane tańce zawsze były dla ogromnej większości bliską okazją do grzechu. By znów nie zagubić się w natłoku różnych pojęć, wyjaśniam:

  • Grzechem ze swej natury są zachowania, które są złe zawsze i wszędzie, niezależnie od okoliczności. Nie wolno ich czynić, nigdy i nigdzie, choćby i w ekstremalnych okolicznościach. Są to akty wewnętrznie i nieodwracalnie złe.

  • Bliską okazją do grzechu są zachowania, które co prawda nie są złe ze swej istoty, jednak wiąże się z nimi wielkie niebezpieczeństwo popełnienia nieprawości. W normalnych sytuacjach winniśmy strzec się pozostawiania w takich sytuacjach. Kiedy znajdujemy się w nich np. dla rozrywki, popadamy w grzech. Dla odpowiednio ważnych i przy zachowaniu wielkich środków ostrożności wolno jednak znajdować się w bliskiej okazji do grzechu.

Grzechem ze swej istoty jest np. samobójstwo. Bliską okazją do grzechu samobójstwa jest z kolei, np. wskakiwanie do płonącego budynku. Jeśli czyni się to dla rozrywki czy z ciekawości popada się grzeszy się, albowiem w głupi sposób naraża się na ryzyko wielki Boży dar, jakim jest życie i zdrowie.

I znów można by powiedzieć, że praktycznie rzecz biorąc rozróżnienia na grzech i bliskie okazje do grzechu ma małe znaczenie. Owszem. Niestety, najczęściej ludzie znajdują się w wysoce niebezpiecznych moralnie sytuacjach dla błahych powodów, tj. rozrywka czy ciekawość, przez co samo popadają wówczas w grzech. Kiedy chce się jednak dyskutować na głębszym poziomie, należy pilnie dbać o niezamazywanie tychże rozróżnień.

Inne przeinaczenia

Nizam w swej obronie tańców posuwa się też do innego rodzaju przeinaczeń. I tak np. cytując ks. Spirago mój polemista stwierdza, iż ksiądz ten "jedynie odradza tańców", a nawet deklaruje, że "nie wszystkie obrażają uczucia moralności i przyzwoitości". I tym razem Nizamowi umknęło uwagi pewne ważne słówka z wypowiedzi tego kapłana. Otóż, ks. Spirago deklaruje, iż należy tańców "stanowczo odradzać" oraz, że "prawie wszystkie tańce obrażają uczucia moralności i przyzwoitości".

Podobny zabieg Nizam stosuje także do wypowiedzi ks. Bobicza, przywołując jego słowa: "Kościół nie potępia w czambuł tańców". Przytoczmy więc słowa ks. Bobicza w całości: "Tak samo trzeba powiedzieć o niemoralnych tańcach tak bardzo i u nas rozpowszechnionych. Kościół wprawdzie nie potępia w czambuł tańców, gdyż niektóre z nich mogą być prawdziwie piękne i niewinne. W Starym Testamencie spotykamy się z tańcami pod arką przymierza, a nawet i dziś w niektórych krajach utrzymał się zwyczaj, że dzieci tańczą w kościołach (Sewilla). Ale nie o takich tańcach mówimy: człowiek współczesny uważałby je za mdłe i niepociągające. Według opinii znawców dzisiejsze tańce mało mają w sobie powagi i piękna a za to wiele płochości i wprost wyuzdania. Już niejednego i niejedną doprowadziły one do upadku. Nie dziwmy się przeto, że Kościół przed tańcami usilnie przestrzega i wzywa rodziców, by czuwali nad dziećmi. Na tańce obrażające moralność chrześcijańską żaden dobry katolik nie udzieli lokalu, sam nie pójdzie i dzieciom swoim pójść nie pozwoli" . Ktoś znający wypowiedź ks. Bobicza tylko z relacji Nizama, mógłby spokojnie powiedzieć, że skoro "Kościół tańców w czambuł nie potępia", to na wiele z nich można iść ze spokojnym sumieniem, niczego złego się nie obawiając. Tyle tylko, że całość deklaracji tegoż kapłana zdecydowanie przeczy takiej interpretacji. Po pierwsze: jest tam mowa o tym, że niemoralne tańce są "bardzo rozpowszechnione". Po drugie: przyznaje się, iż istnieją tańce niewinne i piękne, tyle tylko, że pojawia się przy tym słówko "niektóre z nich", a zarazem podane przykłady takowych tańców wskazują wyraźnie pod tym mianem nie określa się tańców "damsko-męskich" (takimi nie były wszak podskakiwania Dawida przed Arką, czy też tzw. taniec samych tylko chłopców w kościołach Sewilli). Po trzecie wreszcie: powtórzone jest, iż "Kościół przed tańcami usilnie przestrzega". Użyto to sformułowania ogólnego. Nie, przed "niektórymi tańcami". Nie przed "częścią tańców". Ale przed tańcami. Czy widzisz Nizamie różnicę pomiędzy sformułowaniami: "bardzo rozpowszechnione", a "niektóre"? Ja ją dostrzegam tak, jak między wyrażeniami: "norma" i "wyjątek". Czy synonimem słowa "bardzo rozpowszechnione" nie jest czasem: "bardzo częste", etc? Czy z kolei określenie "niektóre" nie zwykło się stosować na oznaczenie czegoś rzadko, a nawet wyjątkowo, występującego? Doprawdy nie trzeba robić doktoratu z zasad interpretacji tekstów, by widzieć jasno, iż ks. Bobicz potwierdza jedynie tradycyjną optykę Kościoła, która tańce złe i niebezpieczne widziała jako normę, a dobre i niewinne, jako wyjątek.

Bliskim manipulacji (a być może już nim będący) jest także stwierdzenie Nizama, iż ks. Cząstka potwierdzał, iż usprawiedliwia się tańce salonowe, w obecności rodziców. Owszem, ks. Cząstka przytaczał to jedno z usprawiedliwień tańców, jednak wyraźnie dystansował się od jego słuszności i poprawności. Przytoczmy znów całość jego wypowiedzi:

"Wymienia się dla usprawiedliwienia tzw. tańce salonowe, towarzyskie, w obecności rodziców itp. Ale jest rzeczą jasną, że salon i rodzice upilnują co najwyżej ciało, ale nie ustrzega duszy. Zresztą, gdybym chciał nawet jakiś rodzaj tańców usprawiedliwić, to słuszne zachodzi pytanie, czy Bóg je usprawiedliwić zechce".

Pozornie nieco bardziej wiarygodnie wygląda powoływanie się mego Polemisty na słowa św. Józefa Pelczara, gdy ten stwierdza, iż dozwolone jest branie udziału w tańcach wówczas gdy nakazuje to "miłość bliźniego, posłuszeństwo starszym lub stanowisko społeczne". Istotnie, na pierwszy rzut oka, takie postawienie sprawy, może podsuwać wniosek, iż Święty ów nie miał tak naprawdę nic przeciwko tańcom. Sęk w tym, iż pomija się tu kontekst całej wypowiedzi św. Józefa Pelczara, a także zapomina się o katolickim nauczaniu moralnym na temat warunków dopuszczalności udziału w sytuacjach wysoce niebezpiecznych. Jak już wspominałem moralnie dozwolone jest, by przy zachowaniu odpowiednich środków ostrożności, dla proporcjonalnie ważnych przyczyn, znajdować się w sytuacji niebezpiecznej dla duszy.

Żeby zrozumieć prawidłowo wypowiedź św. Józefa Pelczara, warto przyjrzeć się z bliska, zasadom, jakie względem nieskromnych widowisk teatralnych przyjęła tradycyjna moralistyka katolicka. Oto, choćby ks. Ambroży Guillois rozważając problem polegający na tym, iż posłuszeństwo mężowi lub rodzicom wydaje się wymagać pójścia na niebezpieczne widowisko, stwierdza:: "Widowiska są zakazane z powodu niebezpieczeństwa, jakiem zagrażają. Są wszakże osoby, które dla ważnych przyczyn mogą uczęszczać na nie, bez dopuszczenia się grzechu: na przykład młoda żona, która nie odmówić nie może towarzyszyć mężowi na teatr, bez narażenia się na zakłócenie pokoju domowego; młoda panna, którą rodzice chcą koniecznie wziąć na widowisko, pomimo jej usilnego wypraszania się. Ale one powinny: 1-e przed pójściem na widowisko pomodlić się i czytać książkę pobożną; - 2-e podczas widowiska, wznosić, od czasu do czasu, swoje serce do Boga; 3-e po widowisku, rozebrać szczegółowo to wszystko, co się tam działo. Używszy tych wszystkich ostrożności, paraliżuje się niebezpieczeństwo i zabezpiecza się przeciw napaściom nieprzyjaciela zbawienia".

Gdyby zastosować metodę Nizama do obrony nieskromnych widowisk, możnaby powiedzieć: "Nieskromne widowiska są OK. Ks. Guillois naucza, że ilekroć wymaga tego posłuszeństwo mężowi, wolno na nie chodzić". Coś takiego, byłoby jednak karykaturą, a nie wiernym przekazem. Ks. Guillois nie mówił bowiem: "OK. Jeśli tylko chcecie dobrze spędzić czas, możecie chodzić na nieskromne widowiska teatralne". Mówił on za to: "Nie chodźcie na takowe widowiska, jeśli jednak będzie za tym przemawiała ważna przyczyna, dozwolone jest tam chodzić". Gdyby przełożyć tą zasadę na jakoś współczesną sytuację, to można w tym miejscu rozważyć problem moralności oglądania programów typu: "Kuba Wojewódzki" czy "Szymon Majewski Show". Oba te widowiska są bardzo plugawe i w łatwy sposób mogą doprowadzić wiele dusz do różnego rodzaju grzechów. Jeśli więc, ktoś ogląda te programy dla rozrywki, by się pośmiać i zabawić, to obraża Pana Boga. Gdyby jednak, np. mąż nakazywał swej żonie, albo ojciec dziecku, patrzenie na te widowiska, to przy zachowaniu odpowiednio wielkich środków ostrożności, dozwolonym byłoby ich oglądania.

Św. Józef Pelczar określając warunku dopuszczalności udziału w tańcach, wypowiedział w duchu bardzo podobnym co ks. Guillois o widowiskach teatralnych. Święty ten powiedział, iż ogół występujących w jego czasach tańców "ma nachylenie ku złemu". Dopuszczał jednak uczestnictwo w pląsach z powodów, które uznał za odpowiednio ważne, np. posłuszeństwo rodzicom. Św. Józef Pelczar nie mówił jednak, że tańce są w porządku, że w zasadzie wolno jest nich brać udział dla zabawy. Mówił tylko, że są one niebezpieczne, ale dozwolone jest branie w nich udziału, gdy ważne powody za tym przemawiają. Powtórzmy jednak: ów Święty ani ich nie pochwalał, ani nie zalecał, ale był wobec nich otwarcie krytyczny.

O jakie tańce chodzi?

Nizam próbuje też osłabić tezę, jakoby całość tradycyjnych ostrzeżeń przeciw tańcom była skierowana przeciw ich "damsko-męskiej" odmianie. Mój Polemista zdaje sobie chyba sprawę z tego, iż ów numer nie wyjdzie mu z wypowiedziami antytanecznymi z okresu, w którym rozpowszechnione były już tańce o charakterze mieszanym. Musiałby wszak udowodnić, że potępienia i krytyki wymierzone w popularne w tych czasach tańce, nie dotyczyły akurat tańców damsko-męskich. Byłoby to chyba jednak zadanie zbyt karkołomne, nawet jak na Nizama. Tak się składa bowiem, że od wieków w społecznościach chrześcijańskich tańce nie-damsko-męskie są wąskim marginesem. Cóż więc autorytety kościelne mogły mieć na myśli ostrzegając przed wszystkimi lub prawie wszystkimi tańcami? Nizam musiałby też zmierzyć się z jasnymi wypowiedziami tychże autorytetów, które bez ogródek wskazywały, iż w antytanecznej krytyce chodzi im właśnie o tańce mieszane.

Przez stripteaz do małżeństwa?

By nasypać nieco piachu w koła antytanecznego powozu, Nizam powołuje się na Ojców Kościoła, których potępienia tańców, wcale nie miały, według niego, dotyczyć tańców damsko-męskich. Argumentuje on więc, iż tańce damsko-męskie pojawiły się dopiero w X wieku po Chrystusie, tak więc, wątpliwym jest, by wczesne potępienia tańców mogły dotyczyć mieszanych pląsów. Próbuje przy tym też dowieść, że głównym motywem wczesnych wystąpień antytanecznych było powiązania starożytnych tańców z religiami pogańskimi. Argument ten może wydawać się słuszny, niestety jednak na dłuższą metę, nie wytrzymuje próby krytyki. Trzeba pamiętać bowiem, iż jedno nie musi wykluczać drugiego. Fakt powiązania starożytnych tańców z pogaństwem wcale nie przeczy temu, iż były one też związane z erotyzmem. Co więcej nierzadko powiązania ówczesnych tańców z pogaństwem i seksem jednocześnie, ściśle się ze sobą łączyło. Faktem jest wszak, że wiele pogańskich kultów czciło seksualne żądze i grzechy. Damsko-męski charakter występujących wówczas pląsów przejawiał się zaś, choćby w tym, iż ich uczestnicy byli ze sobą mocno wymieszani, a mężczyźni patrzyli na wykonujące przed nimi sugestywne ruchy kobiety.

Nonsensowne, by nie rzecz wręcz heretyckie, są też próby dowodzenia przez Nizama dopuszczalności tańców wzbudzających pożądanie ( w celu zawarcia małżeństwa) na podstawie Biblii. Herezją jest wszak twierdzić, iż w celu zawarcia małżeństwa wolno jest pobudzać w kimś pożądanie seksualne. Wszelkie tego typu myśli i zachowania muszą być zachowane jedynie dla prawowitego małżeństwa. Nie wolno w tym względzie czynić sobie żadnej dyspensy. Czyżby Nizam był gotów zadeklarować, że w celu zawarcia małżeństwa wolno jest przed ślubem praktykować np. stripteaz? Podane przez mego Polemistę biblijne przykłady tańca Szilo (Sdz 21, 21) oraz tańca obozów (PnP 7, 1) tak naprawdę również niczego nie dowodzą. W pierwszym z podawanych przykładów jest jedynie napisane, iż synowie Beniamina upatrzyli sobie dziewczęta, które wyszły gromadnie do tańca, a następnie je porwali i poślubili. Co warto zauważyć jest to tylko przytoczenie zachowania się pewnej grupy ludzi. Nie ma tam pochwały owego czynu. W tej samej Księdze Sędziów jest zresztą opisane jak to Jefte zabija własną córkę w ofierze. Czy twierdzisz więc Nizamie, iż Księga Sędziów przytaczając ów fakt, jednocześnie go pochwala (bo otwarcie go też nie potępia, a jedynie odnotowuje, że miał miejsce)? Należy odróżnić te fragmenty Biblii, w których się coś pochwala, od tych, które jedynie odnotowują jakieś zachowanie lub zdarzenie. Drugi z przykładów jest zaczerpnięty z Pieśni na Pieśniami, księgi, która wedle tradycyjnej egzegezy katolickiej jest alegorią. Alegorią, to znaczy czymś, co nie należy brać dosłownie, ale w przenośni. Co najwyżej zaś można traktować Pieśń nad Pieśniami, jako pochwałę małżeńskiej seksualności, nie zaś przyzwolenie dawane na rozbudzanie pozamałżeńskiej pożądliwości. Wszelkie więc zachwyty, jakie znajdziemy tam, odnośnie ludzkiego ciała, wszelkie erotyczne aluzje i sugestie, mogą być rozpatrywane, jedynie w odniesieniu do małżeństwa. Istotnie seks w małżeństwie jest wielkim darem i błogosławieństwem i słusznie Pieśń nad Pieśniami może go wychwalać. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że może tu chodzić tylko i wyłącznie o małżeństwo.

W Pieśni na Pieśniami znajdują się zresztą też opisy kobiecego brzucha, łona, piersi i bioder. Czy należy stąd wyciągnąć wniosek, iż chrześcijanie winni rozkoszować się widokiem nagiego niewieściego ciała, po to, by następnie wstąpić w święty związek małżeński? Jeśli tak, to czas otworzyć jakąś katolicką edycję Playboya...

Nieprzerwana Tradycja Kościoła

Główną linią obrony tańców prezentowaną przez Nizama jest jednak próba udowodnienia, iż przytaczane przeze mnie 24/25 antytanecznych wypowiedzi nie jest świadectwem potwierdzającym istnienie w tej kwestii nieprzerwanej Tradycji Kościoła. Niestety, ale sposób, w jaki Nizam to czyni, poświadcza jedynie, iż wybrał on metodę polegającą na tym, iż cokolwiek nie napiszę i tak będzie źle. Przytoczę mu 200 cytatów, on zażąda 2 tyś. Podam mu 2 tyś wypowiedzi, on będzie się domagał 20 tyś. Jakkolwiek jasne i klarowne nie były by prezentowane przez mnie wypowiedzi, Nizam i tak będzie twierdził, że nie są one jasne i klarowne. Widać to było, choćby na podawanym już przeze mnie wyżej, sposobie, w jaki próbuje on osłabić wyraziste w swej wymowie wypowiedzi księży. "Stanowcze odradzanie" i "prawie wszystkie tańce obrażają moralność" Nizam zamienił na "jedynie odradzanie" i "nie wszystkie tańce obrażają moralność". Dystansowanie się ks. Cząstki od usprawiedliwiania tańców salonowych brzmi w wersji Nizama jak przyłączanie się tego kapłana do owego uprawomocnienia. Z wypowiedzi ks. Bobicza o niemoralnych tańcach, które są "tak bardzo rozpowszechnione" i o "niektórych tańcach pięknych i niewinnych" (z kontekstu wynika zaś, że pod tym mianem ów kapłan rozumiał tańce rozdzielnopłciowe), Nizamowi zostaje zwrot mówiący: "Kościół w czambuł tańców nie potępia". Z pewnością, jeśli w ten sposób mój Polemista będzie cenzurował i zniekształcał jasne wypowiedzi, to jeszcze długo nie dojdziemy ze sobą do porozumienia odnośnie definicji klarowności i jasności. A od jasnych i klarownych wypowiedzi przeciw tańcom aż roi się z prezentowanej przeze mnie dokumentacji. Jak można bowiem rozumieć twierdzenia mówiące, iż "wszystkie", "prawie wszystkie", "bardzo wiele", "każdy" tańce/ taniec prowadzi do grzechu? Czym, jeśli nie dobitną wyrazistością są określenia zwące taniec: "szkołami rozpusty" (św. Bazyli Wielki), miejscem, gdzie "płaczą aniołowie, a czart obchodzi swoją uroczystość" (św. Efrem), "prawdziwą świątynią diabelską" (św. Jan Chryzostom), "zbiorem nieprawości, trumną niewinności i grobem czystości" (św. Ambroży), "kołem, którego punktem środkowym jest szatan, a obwodem jego słudzy" (św. Karol Boromeusz), "przyciągającymi do siebie truciznę namiętności ludzkich i powszechnego zepsucia" (św. Franciszek Salezy), "warsztatem każdej wszeteczności, cudzołóstwa i przyczyną grzechów wszelakich" (ks. Jakub Wujek), "procesjami diabła" (św. Jan Kanty), "powrozem, którym szatan ściąga dusze do piekła" (św. Jan Maria Vianney), "haniebnymi" (Synod Akwizgrański); "szaleńczymi" (Synod Reński), "sztuką i ponętą szatańską" (Synod Turyński), "brudną rozrywką" (Benedykt XIV)???.

Nizam myli się też utrzymując, że cytuję jedynie dwa synody kościelne wymierzone w tańce. Otóż, dokładnie wczytując się w dokumentację zamieszczoną na tym portalu, znajdziemy cytaty nie dwóch, ale dziewięciu synodów kościelnych: Konstantynopolitańskiego, Laodyceńskiego, Lerydskiego, Akwizgrańskiego, jednego z Koncyliów Afrykańskich, Rueńskiego , Turyńskiego, Balitmorskiego oraz Austriackiego. Poza tym, w cytatach, które podaję znajdują się odwołania do innych licznych konferencji episkopatów przestrzegających przed tańcami.

Nizam jednak wciąż jest niezadowolony, żądając dowodów na potwierdzenie, iż stanowcza krytyka tańców stanowi nieprzerwaną Tradycję Kościoła. Rozumiem, że nie wierzy mi, bo przecież nie jestem oficjalnym teologiem kościelnym. Dlaczego jednak nie wierzy on cytowanym przeze teologom, którzy przecież mieli oficjalny mandat od władz kościelnych na nauczania doktryny katolickiej w imieniu Kościoła świętego? Przecież w podawanych przeze mnie cytatach znajdzie on wyraźne sformułowania, w których deklaruje się, iż to Kościół zawsze i wszędzie walczył z tańcami.

Podaję poniżej kilka tego przykładów:

Do głównych okazji do grzechu w szóstym i dziewiątym Przykazaniu zakazanego, zawsze zaliczano tańce i widowiska choć świat mówi, że w nich nie ma nic złego. Zaprawdę! Jedno tu z dwojga: albo się świat myli, albo Kościół Jezusa Chrystusa jest w błędzie: bo nie masz Katechizmu, któryby nie umieszczał tańców i widowisk pomiędzy okazjami do tego grzechu (ks. Jean Gaume).

Ojcowie Kościoła i mistrzowie życia duchowego potępiali tańce, i dowodzili, że prawie zawsze są one bliskim pochopem do grzechu. śmiertelnego. (ks. Ambroży Guillois)

Zakazy tańców były w Kościele katolickim od pierwszych już wieków. Nowoczesne tańce egzotyczne potępili papieże Benedykt XV i Pius XI, a za nimi episkopaty licznych krajów i bardzo wielu biskupów poszczególnych diecezji, także i w Polsce. I pod tym względem zgodnym jest sąd Kościoła nauczającego i moralistów katolickich, że te tańce są złe same w sobie i prawie zawsze są grzechem ciężkim, bo jest przy nich albo wprost onanja, albo przynajmniej grzech cudzy, zgorszenie, bliska sposobność do grzechu. Nie wolno więc ich tańczyć, choćby nie było zakazu diecezjalnego, choćby danej osobie nie szkodziły i choćby ta osoba utrzymywała, że w nich nic złego nie widzi i że je tańczy przyzwoicie (...) (ks. Stanisław Szarek)

Kościół przed tańcami usilnie przestrzega (ks. Ildefons Bobicz).

Widzisz więc Nizamie, że to nie tylko ja twierdzę, iż Kościół święty zawsze przestrzegał przed tańcami. Dobrze rozumiem, że mi możesz w tej materii nie wierzyć, ale jakie masz podstawy by kwestionować np. kompetencje ks. Gaume do wypowiadania się w tym samym duchu. Jeśli bowiem ks. Gaume utrzymuje, iż z tańce zawsze zaliczano do bliskich okazji do grzechu, że nie ma katechizmu, który by się w ten sposób nie wypowiadał na ów temat, a poddawanie tego wątpliwość równa się przypisywanie Kościołowi świętemu głoszenia błędu, to tym samym mówi on, iż stanowcza krytyka tańców była powszechną i zwyczajną nauką Kościoła. Fakt. Obaj nie jesteśmy oficjalnie teologami. Ja mogę pisać bzdury i Ty możesz pisać bzdury. Jeśli jednak wskazuję Ci 25 cytatów, w których jasno przestrzega się przed tańcami, a spośród których kilka stwierdza wyraźnie, iż owo ostrzeżenie jest wyrazem niezmiennej postawy Kościoła w tym względzie, to wypadałoby coś temu przeciwstawić. Wypadałoby więc, byś na wypowiedź ks. Gaume stwierdzającego, że krytyka tańców była w Kościele powszechna i niezmienna wskazał choć jedną wypowiedź przedsoborowego teologa, gdzie przedstawiono by inną wypowiedź na ten temat. Polemizujesz bowiem już nie ze mną, ale z oficjalnym teologiem katolickim. Z pozostałych cytowanych przeze mnie wypowiedzi wynika, iż Ojcowie Kościoła i mistrzowie życia duchowego uważali tańce za bliską okazję do grzechu, że Kościół od pierwszych wieków zakazywał tańca, oraz, że potępienie tańców, które weszły w modę na przełomie 19 i 20 wieku, cieszyło się zgodnym sądem Kościoła nauczającego i moralistów katolickich (a więc czymś co spełnia warunek nieomylności nauczania zwyczajnego).

Podsumujmy więc Nizamie:

  • podaję Ci 25 wypowiedzi autorytetów kościelnych wypowiedziane we wszystkich okresach istnienia chrześcijaństwa.

  • treść tego nauczania musi być uznana za bardzo jasną i klarowną, dla każdego, kto uważnie i bez uprzedzeń się jemu przyzna. Przestrzega się tam bowiem przed "wszystkimi", "prawie wszystkimi" i "wieloma" tańcami. Stwierdzając przy tym, iż zabawy te są wielkim niebezpieczeństwem i dlatego ogół chrześcijan winien ich unikać (mówi się np., iż "każdemu" należy ich stanowczo odradzać).

  • w podawanych cytatach znajdziesz stwierdzenia, iż Kościół zawsze i wszędzie ostrzegał przed tańcami.

Wypadałoby więc, byś:

  • 25 wypowiedziom przeciwstawił przynajmniej 2 lub 3 wypowiedzi (ale z różnych okresów historycznych, a nie tylko z ostatnich 40 lat).

  • obalił jasność i klarowność tychże wypowiedzi, nie przez ich cenzurowania i przeinaczanie, lecz przez pokazanie cytatów, w których np. nie stwierdza się, iż "wszystkie", "prawie wszystkie" czy "wiele" tańców jest bardzo niebezpiecznych, ale zaledwie "niektóre", "niewiele", etc.

  • wskazał cytaty, w których pokazuje się, iż stanowcza krytyka tańców nie była obecna w Kościele zawsze i wszędzie (i znów nie chodzi mi teraz o ostatnich 40 lat istnienia Kościoła).

A co z okolicznościami?

Mój Polemista próbuje pokazać także, iż radykalnie zmieniły się warunki społeczno-kulturowe, które mogłyby czynić niegdyś tańce niebezpiecznymi. Całkowicie nietrafiony jest jego argument o fakcie powszechnego społecznego zaaprobowania tańców jako sposobu rozrywki. Wiele niemoralnych i bezbożnych zwyczajów, poglądów i zachowań było albo zostało ostatnio społecznie zaakceptowanych. I niby co ma z tego wynikać? Że przestały być tym samym złe albo niebezpieczne? Nizam próbuje też usprawiedliwiać tańce za pomocą odwoływania się to tańców z Ciocią czy poloneza na studniówce. Czyżby zapomniał on jednak, że tańce damsko-męskie zazwyczaj polegają na czymś innych, a coś takiego jak taniec z ciocią czy polonez należą do rzadkości? Przejdźmy jednak do meritum zagadnienia. Ponieważ taniec damsko-męski, pojmowany czysto abstrakcyjnie i teoretycznie, nie jest -sam w sobie grzechem ani nawet bliską okazją do grzechu, jednak tradycyjne rozeznanie Kościoła zawsze głosiło, iż praktycznie zawsze lub zawsze nabierał on takiego charakteru dla olbrzymiej większości, możliwe jest, że w skutek radykalnej zmiany okoliczności nauka katolicka w tej kwestii nie byłaby już adekwatna.

Przy ocenie zmiany tych okoliczności należałoby jednak wziąć pod uwagę pewne ogólne i podstawowe zasady, jakie tradycyjna moralistyka katolicka, podaje odnośnie zasad strzeżenia cnoty czystości

  • w sferze seksualnej człowiek jest szczególnie narażony na grzech, dlatego powinien w sposób bardziej uważny i pilny się go tu wystrzegać

  • pomijając różne szczególne uwarunkowania, pewne sytuacje w sposób zwyczajny wiążą się z dużym niebezpieczeństwem popełnienia grzechu. Są to więc: patrzenie na nieskromnie ubrane niewiasty, przebywanie z kobietą sam na sam, dotykanie niewieściego ciała. Przekładając to bardziej na język praktyki: dla mężczyzny przeważnie będzie sporą pokusą patrzenie na ładną, ale półnagą lub nagą kobietę, przebywanie z ładną niewiastą bez obecności osób trzecich oraz dotykanie ładnej kobiety przez dłuższy czas.

Ale wróćmy do sedna sprawy. By wykazać, iż radykalnie zmieniły się okoliczności, które niegdyś usprawiedliwiały stanowczą krytykę tańców, a dziś już ową negację czynią bezzasadną, należałoby z jednej strony wykazać, iż w dawniejszych czasach:

  • społeczeństwo składało się z maniaków i zboczeńców seksualnych.

  • ruchy i gesty taneczne były wyjątkowo nieskromne i wyuzdane

  • stroje i ogólne atmosfera towarzysząca tańcom była szczególnie ohydna i rozwiązła.

Z drugiej strony, należałoby udowodnić, że w dzisiejszych czasach:

  • społeczeństwo bardzo miłuje cnotę czystości. Większość osób zachowuje dziewictwo do ślubu, wskaźnik niewierności w małżeństwach jest znikomy, problem niechcianych ciąż niemal nie istnieje, etc.

  • ruchy i gesty taneczne są wyjątkowo skromne.

  • stroje i ogólna atmosfera towarzysząca tańcom jest szczególnie skromna i obwarowana wieloma zasadami. Zabawom tanecznym nie towarzyszy plugawa, demoralizująca muzyka,nie przelewa się tam litrów alkoholu, nie zażywa kilogramów narkotyków, a na imprezach dla młodzieży z samej zasady są rodzice i starsi.

Tymczasem, dawniej:

  • zapewne większość społeczeństwa nie zachowywała dziewictwa do ślubu, jednak same wymagania cnoty czystości cieszyły się ogólnym szacunkiem. Znacznie silniejsza była również pozycja tradycyjnej rodziny i małżeństwa.

  • od średniowiecza, aż do początku XIX wieku, wzajemny kontakt tańczących ograniczał się do muśnięcia dłoni, zaś kroki taneczne polegały na pociesznych podskokach i ukłonach.

  • od średniowiecza, aż do początków XX stulecia, strojami tancerek były długie suknie zakrywające nogi, brzuch, etc. W trakcie zabaw tanecznych wprowadzono także wiele konwenansów i zasad, np. często na takowe imprezy przychodzili rodzice i starsi, by czuwać nad zachowaniem młodzieży.

Mimo tych jednak, wydawałoby się mocno niesprzyjającym rozwojowi nieczystości okoliczności, Kościół święty tradycyjnie stanowczo odradzał, a czasami nawet otwarcie zakazywał mieszanych tańców, jako będących prawie zawsze bliskimi okazjami do grzechu.

Dziś jednak:

  • procent osób zachowujących dziewictwo do ślubu, nawet w krajach uważanych za najbardziej chrześcijańskie, tzn. USA i Polska wynosi odpowiednio 7 i 3 proc. Wskaźniki zgwałceń, pedofilii, seksualnego molestowania, niechcianych ciąż, korzystania z pornografii, zdrad małżeńskich, rozwodów raczej zdecydowanie rosną i maleję. Zdecydowana większość chrześcijan nie uznaje już nawet teoretycznie słuszności nauki katolickiej w kwestiach nierządu, cudzołóstwa, pornografii, antykoncepcji, a nierzadko nawet i homoseksualizmu.

  • gesty taneczne polegają albo na wzajemnym obejmowaniu, przytulaniu, obściskiwaniu i ocieraniu się, albo też na wykonywaniu sugestywnych erotycznie ruchów. Wszystko to dzieje się w rytm plugawej muzyki, w morzu alkoholu i narkotyków, oraz przeważnie bez jakiegokolwiek udział u rodziców i starszych (gdy w grę wchodzą imprezy dla młodzieży)

  • strój tancerek odsłania lub uwydatnia większość ich ciała.

Mimo to jednak, próbuje się nas przekonywać, iż dzisiejsze imprezy taneczne w swej ogromnej większości są w porządku, a ewentualne zagrożenia z nimi związane są co najwyżej kwestią szczególnej słabości osób mających wyjątkowe problemy ze swą seksualnością. Czy ktoś robi sobie tutaj jaja? Czy ktoś czyni sobie żartów z pogrzebu ludzkich dusz (nie mam bynajmniej w tej chwili na myśli konkretnie Nizama)?

Dobrze rozumiem, iż współczesna obrona tańców rzadko ma celu oszukania adwersarza. Wierzę, że osoby nie widzącego niczego złego w tańcach (albo też upatrujące w tym zwyczaju jedynie śladowych, zupełnie pobocznych ilości nieprawości) nie chcą nikogo okłamywać i rzeczywiście szczerze wierzą w to co mówią. Zarazem jestem jednak przekonany, iż to zaślepienie i ignorancja wynikają nie z rzeczywistego braku powiązań pomiędzy demoralizacją a tańcami, ale z przyzwyczajenia i powszechnej akceptacji społecznej tego zwyczaju. Można powiedzieć, że od małego oddychamy tańcami i dlatego dawno już przestaliśmy dostrzegać ich realne związki ze złem. Pomimo tego wierzę jednak również, że nawet świadomość zła, które zostało powszechnie zaakceptowane, ciągle gdzieś w nas głęboko tkwi. Często sobie tego wyraźnie nie uświadamiamy, ale nierzadko odzywa się w nas głos, który chce nam zasygnalizować, iż coś z daną sytuacją jest nie tak. Św. Jan Maria Vianney mówił do chrześcijan swych czasów, że mimo wszystko, każdy jakoś tam przyzna rację jego antytanecznym ostrzeżeniom. Wszystkim obrońcom i propagatorom tańców ja ze swej strony zaleciłbym próbę odpowiedzi na kilka poniższych pytań:

  • dlaczego dyskoteki są oazami przypadkowego seksu, gdzie masa chłopców przychodzi z myślą „wyrwania panienki”. Jeśli kwestia zagrożeń wynikających z tańca rzeczywiście jest tak marginalna, to jak to się dzieje, że zarówno dawniej jak i dziś przy okazji tanecznych imprez dochodzi do wielu grzechów nieczystości?

  • dlaczego owocem najpopularniejszego tanecznego show pt. „Taniec z gwiazdami” są liczne cudzołóstwa i rozbite małżeństwa jego uczestników?

  • dlaczego zawodowi tancerze i tancerki mają opinię najbardziej rozwiązłych i skłonnych do rozpusty osób?

  • dlaczego osoby, które śmiechem przyjęłyby katolicką naukę o tańcach, twierdząc, iż co najwyżej może ona się stosować do jakiś seksualnych nadwrażliwców, jednocześnie nierzadko same narzekają na wielkie problemy z zachowaniem cnoty czystości, często tkwiąc latami w takich występkach i nałogach jak: nierząd, cudzołóstwo, onanizm i pornografia?

  • dlaczego mąż czuje często niepokój, gdy jego żona tańczy z innym (i na odwrót)? Dlaczego podobne uczucie towarzyszy również niepoślubionym parom?

  • dlaczego rodzice, którzy sami niegdyś bardzo chętnie chodzili na tańce, sami bardzo niechętnie puszczają swe nastoletnie dzieci na tego typu imprezy?

  • dlaczego twierdząc, że mieszane tańce pozbawione są seksualnej konotacji, jednocześnie za homoseksualistów uznalibyśmy mężczyzn pląsających ze sobą w rytm walca, tanga, samby czy rumby?

Tego rodzaju pytania można mnożyć. Jedno jest pewne: zagrożenia związane z tańcem nie są jakąś tam błahostką i detalem. Tańce były i są, obok pornografii, nieskromnych strojów i widowisk jednym z wielkich ataków diabła na cnotę czystości. Ogromnym sukcesem szatana jest to, że chrześcijanie sobie to bagatelizują. Czas zbudzić się ze snu.

do góry