Mirosław Salwowski
msza.net
Mel Gibson – pytania, które trzeba postawić 13.04.2007

Mel Gibson stał się dla konserwatywnych chrześcijan na całym świecie niemal kimś w rodzaju urzędującego w hollywoodzkiej fabryce snów proroka. Na każdy kolejny film z jego udziałem (lub w jego reżyserii) z wytęsknieniem czekają miliony konserwatywnie patrzących na świat ludzi. Kim więc jest Mel Gibson? Siewcą tradycyjnych cnót w przeżartym złem Hollywood? Czy może po prostu jednym z aktorów, który od czasu do czasu, powie lub zrobi w showbiznesie coś bardziej pobożnego? Czy powinniśmy w nim widzieć nadzieję na odzyskanie kultury dla chrześcijaństwa, czy raczej nie należy mieć w tym względzie większych złudzeń?

Patrzenie na Mela, jako uosobienie oazy chrześcijaństwa w morzu bezbożnej i niemoralnej pop-kultury stało się popularne już w l. 90 – tych, kiedy to do mediów zaczęły przedostawać się wypowiedzi tego aktora, w których krytykował on aborcję, antykoncepcję, homoseksualizm, ewolucjonizm, itp. W połączeniu z faktem, iż Gibson wywodził się z katolickiej rodziny, a on sam jest mężem jednej żony, z którą na dodatek wychowuje pokaźną gromadkę dzieci, dla wielu stało się jasnym, iż człowiek o poglądach i stylu życia tak odmiennym od przeważających w światku Hollywood standardów musi być kimś w rodzaju krzyżowca wojującego o chrześcijański charakter przemysłu filmowego. Kiedy Mel nakręcił słynną „Pasję” przekonanie o niemal „proroczym” charakterze jego filmowej aktywności stało się w wielu kręgach prawie, że „dogmatem”.

Syndrom Britney Spears

Nie ma co kryć, iż pomiędzy tradycyjnemu prawowiernym chrześcijaństwem a kulturą masową przeważnie panowała wrogość. Kościół święty aktorów zazwyczaj ekskomunikował, albo karał innymi dotkliwymi sankcjami, tj. odmowa pogrzebu kościelnego, niedopuszczanie do Sakramentów, etc. Świeckim wiernym odradzano zaś, a nierzadko nawet surowo zakazywano obcowania z niegdysiejszymi wytworami popularnej kultury (widowiska teatralne, igrzyska gladiatorów, kino, etc.). Działo się tak nie dlatego, jakoby kultura masowa była sama w sobie zła. Po prostu, tak się nieszczęśliwie złożyło, iż na przeszło 20 wieków istnienia chrześcijaństwa, raczej przez większość czasu popularna rozrywka była mniej lub bardziej przeżarta nieprawością – bałwochwalstwem, przemocą, wyuzdaniem, etc. Wbrew pozorom bowiem nie tylko kultura masowa pogańskiego Imperium Rzymu należała do mocno zdegenerowanych. Nawet, gdy społeczeństwa dawnego rzymskiego mocarstwa stały się chrześcijańskimi, nie zawsze wydatnie wypływało to na obniżenie poziomu nasycenia popularnej rozrywki złem. By się o tym przekonać wystarczy, przytoczyć choćby jeden z kanonów Soboru Nicejskiego II, w którym przestrzega się wiernych przed: „zwyczajem przyglądania się przedstawieniom teatralnym, słuchania szatańskich śpiewów, patrzenia na muzykantów i tańczące nierządnice”. Sobór Nicejski II odbył się w 787 roku, a więc przeszło 400 lat po tym jak rzymskie cesarstwo oficjalnie uznało chrześcijaństwo za religię panującą. Mimo upływu ponad czterech stuleci pasterze Kościoła wciąż czuli się jednak zobowiązani grzmieć przeciw popularnym przedstawieniom teatralnym, muzyce i tańcom. Widać więc, iż nieprawość dominująca w kulturze niegdyś pogańskich społeczeństw, miała wiele do powiedzenia także w popularnych rozrywkach, jakim oddawały się chrześcijańskie masy.

Ta tradycyjna, ale jednocześnie zdrowa ostrożność i podejrzliwość chrześcijaństwa względem kultury masowej, wielu jednak najwyraźniej zmęczyła. Od jakiegoś czasu, w odniesieniu do kultury masowej, coraz bardziej widoczny jest wśród chrześcijan syndrom polegający na łączeniu w miarę prawidłowych przesłanek z wielce wątpliwymi wnioskami. Słusznie mówi się np., iż także popularna rozrywka winna stać się polem ewangelizacji, że można być jednocześnie dobrym chrześcijaninem i dobrym aktorem. Opierając się na tych zasadniczo właściwych stwierdzeniach przechodzi się jednak do wielce dyskusyjnych metod szukania chrześcijańskich wzorów na terenie kultury masowej. Każda bardziej pobożna i konserwatywna wypowiedź, każdy objaw religijności, staje się tu prawie nieomylnym znakiem, iż dana postać showbiznesu po chrześcijańsku wykonuje swój zawód. Upojeni tradycyjnymi i konserwatywnymi deklaracjami zbyt często mamy jednak tendencję by przymykać oko, iż często nie pokrywają się one z rolami, piosenkami, itp., wykonywanymi przez ich autorów. Wolimy trwać w błogim śnie o podbijających kulturę masową chrześcijanach, zamiast spojrzeć prawdzie w oczy. A prawda ta jest zazwyczaj bolesna: prywatna, choćby żarliwa pobożność i moralność znanych postaci kultury masowej, rzadko kiedy ma większe przełożenie na ich zawodową aktywność. Aby jakoś osłodzić sobie tą gorzką prawdę często stosujemy dwa wybiegi. Albo lekceważymy i minimalizujemy zło, które widzimy w wykonaniu tych ludzi. Albo też zaczynamy wyrzucać chrześcijańskie kanony moralne z życia zawodowego stosując hasło: „Taki ma zawód i robi to co mu każą”. Takie podejście rodzi prawdziwe potworki składające Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek (choć bardziej adekwatne byłoby tu odwrócenie tego powiedzenia: „Diabłu świeczkę, a Panu Bogu ogarek”). Nie trzeba daleko szukać, by znaleźć tego przykłady. Oto, np. znana aktorka Małgorzata Kożuchowska grywała i wciąż gra rolę w filmach i serialach, które nie dość, że afirmują cudzołóstwo, to jeszcze wymagały od niej przyjmowania bardzo wyuzdanych póz. Jednocześnie jednak owa gwiazda telenoweli „M jak miłość” czyta dzieła św. Teresy od Dzieciątka Jezus oraz rozpływa się w mówieniu o tym, w jak bardzo tradycyjnej rodzinie była wychowywana. To wystarczy by uchodzić za chrześcijańską gwiazdę telewizji. Z kolei, Tomasz Adamek, ku dzikiemu zadowoleniu tłumów i powiększeniu własnego konta bankowego rozbija nosy i łuki brwiowe swym pięściarskim przeciwnikom. Wystarczy jednak, że przed każdym popisem scenicznej brutalności odmówi różaniec, by wielu chrześcijan przeszło nad tego rodzaju rozlewem krwi i przemocą obojętnie, zaś samego pięściarza stawiało za wzór katolickim rzeszom. Inny przykład: Krzysztof Krawczyk. W swych teledyskach upodabnia się do mafijnego bossa, a jego występom towarzyszą skrajnie nieskromne tańce niewiast odzianych nie lepiej niż prostytutki. Wystarczy jednak, aby pan Krawczyk w czasie koncertu założył na przegub dłoni różańcowe paciorki i już staje się on „katolickim” idolem. Ach, głupi byli ci pierwsi chrześcijanie. Zamiast porzucać aktorstwo i klepać biedę, mogli wszak odmówić modlitwę przed wejściem na scenę teatru. A skąd się wziął pomysł, by rzucać gladiadotorstwo? Czy nie przysporzyłoby większej reklamy chrześcijaństwu, gdyby podziwiani i sławni gladiatorzy rozpoczynali swe walki w imię Jezusa?

Czasami duchowe cudzołożenie chrześcijan z bezbożną kulturą masową owocuje tym, iż budzimy się z przysłowiową ręką w nocniku. Dobrym tego przykładem jest casus Britney Spears. Ta słynna gwiazda pop początkowo gorliwie deklarowała, iż codziennie czyta Biblię oraz chce pozostać dziewicą aż do ślubu. Równolegle jednak medialne popisy Britney Spears stawały się coraz bardziej dzikie, wyuzdane i niemoralne. To co czyniła owa niewiasta w teledyskach i na koncertach najzwyczajniej przypominało pornografię. Mimo tego, wielu wciąż widziało w pannie Spears uosobienie grzecznej, chrześcijańskiej dziewczyny rodem z amerykańskiego Południa. Britney Spears zaczęła później do swych popisów dokładać symulację masturbacji, a nawet homoseksualizmu. Koniec końców tej nieszczęsnej kobiety jest zaś taki, iż na dzień dzisiejszy (kwiecień 2007) biega ona z ogoloną głową i wypisaną na niej cyfrą „666” krzycząc zarazem: „Jestem Antychrystem!”.

Mel obrońcą tradycyjnych wartości?

Przede wszystkim, zauważmy, iż dyskusyjne wydaje się przedstawianie Gibsona jako wzoru tradycyjnych cnót, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie jego życie prywatne. Skandal z udziałem Mela, jaki miał miejsce u schyłku 2006 roku, daje nam w tym względzie wiele do myślenia. Otóż, apologeci tego aktora przez długi czas twierdzili, iż od wielu lat stroni on od alkoholu. Tymczasem, po sławetnym zatrzymaniu Mela po tym jak jeździł on pijany, by następnie wypowiedzieć parę ubranych w wulgarną szatę antyżydowskich i sprośnych zdań okazało się, iż pijaństwo nie jest bynajmniej przeszłością w jego życiu. Mel Gibson przyznał się bowiem, iż wciąż walczy z pijaństwem, które od wielu lat jest jego wielkim problemem.

Najważniejsza jest jednak w omawianym kontekście sprawa filmowej twórczości Mela Gibsona. Gros filmów z jego udziałem to czysta, żerująca na najniższych pragnieniach publiczności, komercja. Weźmy choćby pod uwagę, jedną z najsłynniejszych serii filmowych z Melem w roli głównej – „Zabójczą Broń”. Czegoż można było się z niej nauczyć? Co było w niej główną atrakcją przyciągającą widzów przed ekrany? Przewodnim motywem „Zabójczej Broni” był efektywny rozlew krwi. Ciągłe strzelaniny, eksplozje, bijatyki, tortury nie służyły tu bynajmniej czemu innemu, jak ekscytacji widza, uczynieniu filmu bardziej atrakcyjnym i interesującym. Cała reszta w „Zabójczej Broni” – przyjaźń dwóch policjantów, rozwiązanie kryminalnej intrygi, etc. – jest tu jedynie tłem. Powie ktoś może: ale przecież przemoc w tym filmie ukazywała odwagę i waleczność! Cóż, trudno zakwestionować odwagę i waleczność ścierających się ze sobą na arenie gladiatorów. Czy to jednak zmienia istotę sprawy? Czy fakt, iż aby walczyć na arenie trzeba mieć w sobie jakąś odwagę, przeczy temu, że walki gladiatorów były urządzane po to, by sycić tłum widokiem krwi? Jeśli nie poddajemy w wątpliwość tego, iż gladiatorskie areny żerowały na potrzebie karmienia się brutalnością i przemocą, to dlaczego mamy negować to, iż filmy, w których krew leje się niczym rzeka zazwyczaj są tworzone z tych samych powodów? Czy wypełniająca „Zabójczą Broń” po brzegi przemoc była tam pokazana, po to by zanudzić widza, a może skłonić go do refleksji nad bólem i cierpieniem? Jeżeli żadna z tych dwóch odpowiedzi nie jest prawidłowa, to pozostaje nam jeszcze trzecia opcja: brutalność, przemoc i okrucieństwo zostały tam ukazane po to by bawić, zachwycać, ekscytować. Wniosek jest wiec jasny: „Zabójcza Broń” i sporo podobnych produkcji z udziałem Mela to współczesna wersja walk gladiatorskich.

Wolny seks – druga z larw zżerających współczesną kulturę masową także miał dość swobodny do filmów z Gibsonem w roli głównej. Wspomniana seria „Zabójcza Broń” ( i nie tylko ona) w każdej swej części pokazywała Mela radośnie uwodzącego kolejne niewiasty i oddającego się z nimi rozkoszom cudzołóstwa. Nierzadko było to ukazywane zresztą w wyrazisty i naturalistyczny sposób, np. w „Tequila Sunrise” widzimy kopulującego nagiego Mela przez kilka minut. Powie może ktoś znowu, że przecież nawet w Biblii jest mowa choćby o cudzołóstwie Dawida, a nie znaczy to wszak, iż Pismo święte pochwala ten grzech. Racja. Tyle tylko, że w Piśmie świętym widzimy też, iż Dawid żałował i pokutował za swój grzech, a dodatkowo popełniona przez niego nieprawość przyniosła opłakane owoce. Poza tym Biblia oszczędza nam opisu bliższych szczegółów sposobu, w jaki Dawid popełnił cudzołóstwo. Filmy typu „Zabójcza Broń” są jednak jak najdalsze od ukazywania cudzołóstwa, jako czegoś wstrętnego i niszczącego. Przeciwnie, widzimy tu grzech jako radosną zabawę i relaks. W drugiej części „Zabójczej Broni” Mel nie tylko, że sam cudzołoży, ale daje ku temu zielone światło innym. Oto, w jednej ze scen przyjaciel Mela, czarnoskóry ojciec gromadki dzieci jest oburzony dowiadując się, iż jego córka wystąpiła w telewizyjnej reklamie prezerwatyw. Mel nie wydaje się jednak być tym zgorszony i przeciwnie pochwala ów pomysł. Wielu chrześcijan bagatelizuje znaczenie promocji wolnego seksu w filmach z udziałem Gibsona twierdząc, iż wątki te miały przecież charakter czysto rozrywkowy i na pewno nie stanowiły żarliwej manifestacji na rzecz cudzołóstwa. Tego rodzaju argumentacja pokazuje tak naprawdę, iż daliśmy się znieczulić na propagandę przedmałżeńskiego seksu. Pomyślmy wszak, jak zareagowalibyśmy widząc Gibsona radośnie kopulującego nie z młodą kobietą, ale z ... owcą. Bylibyśmy zszokowani, pełni uczuć wstrętu i obrzydzenia. Na pewno nie przyjmowalibyśmy tłumaczeń w stylu: „ależ to tylko żart, komedia, rozrywka”. I nasza reakcja byłaby słuszna. Grzech powinien budzić w nas szok, wstręt i obrzydzenie – także wówczas, gdy jest to „tylko” cudzołóstwo, a nie już zoofilia.

Celebracja przemocy i wolnego seksu w produkcjach z Melem Gibsonem w roli głównej wydaje się być jednak przeszłością. Przynajmniej tak twierdzą niektórzy z apologetów Mela. Istotnie, gdyby patrzymy na filmy, które Mel Gibson zaczął robić mniej więcej od połowy lat 90. widzimy w nich niemało zalet, w porównaniu z dawniejszymi jego obrazami tj. „Zabójcza Broń”, „Ptasiek na uwięzi”, „Tequila Sunrise” czy „Godzina zemsty”. Z pewnością sporo dobrego można powiedzieć o filmach: „Waleczne serce”, „Patriota”, „Byliśmy żołnierzami”, „Teoria spisku”. Tradycyjne wartości: miłość do ojczyzny i rodziny, męstwo, odrzucenie uprzedzeń rasowych, antykomunizm, są tam wyraźnie adorowane. I tu jednak nie sposób uciec od pewnych pytań. Pierwszą wątpliwością, jaka nasuwa się w związku z domniemaną woltą Mela, jest pytanie: czy stanowczo odciął się on od swej dawnej działalności? Jeśli ktoś dawał publiczne zgorszenie grając w celebrujących przemoc i cudzołóstwo filmach, to normalną zasadą jest, iż powinien także w sposób jawny i publiczny wyrazić z tego powodu żal oraz w miarę możności naprawić wyrządzone przez siebie zło. Wieki chrześcijaństwa znają wiele przykładów tego rodzaju pokory i pokuty. Przykładowo, nawracający się artyści niszczyli namalowane przez siebie dawniej bezwstydne obrazy. Prawdopodobnie Mel nie ma możliwości wycofania z obiegu złych filmów ze swym udziałem. Mógłby on jednak próbować w inny sposób odciąć się od swej dawnej twórczości. Mógłby powiedzieć coś w tym rodzaju: „Słuchajcie, czyniłem kiedyś wstrętne filmy. Jest mi bardzo smutno z tego powodu. Proszę nie oglądajcie ich”. Czy Mel tak uczynił? Może się mylę, ale obawiam się, iż tego rodzaju deklaracja nie wyszła z jego ust. Póki zaś Mel Gibson nie nazwie swych dawniejszych wstrętnych filmów po imieniu, póty będą się one kładły potężnym cieniem na tym, co będzie chciał w przyszłości w branży filmowej dobrego uczynić. Produkcje typu „Zabójcza Broń” będą jak nie wyrwane chwasty w ogródku.

Drugą wątpliwością, jak wiąże się z obecną drogą Mela jest to, iż wciąż budzi ona niemało mniej lub bardziej poważnych zastrzeżeń. Przykładowo, w filmie „Waleczne serce” jeden z wątków poświęcony jest cudzołożnemu związkowi Wallace’a (w tej roli Mel Gibson) z żoną syna króla Anglii. Sposób przedstawienia tego grzechu nie jest być może rozrywkowy, tak jak to miało miejsce w nieszczęsnej „Zabójczej Broni”, ale razi swą podniosłą, romantyczną atmosferą. Cudzołóstwo Wallace’a jest tu pokazane jako coś pięknego i wzruszającego. Względem filmów „Waleczne serce” i „Patriota” można wysunąć także innego rodzaju kontrowersję. Otóż, produkcje te stanowią apologię zbrojnej rebelii przeciw prawowitej władzy. Kościół święty tradycyjnie jednak bardzo nieufnie podchodził (i czyni tak nadal) do tego rodzaju militarnych buntów. Nie znaczy to, iż należy potulnie wykonywać jakiekolwiek polecenia władzy. Rzecz jasna, kiedy nasi zwierzchnicy nakazują nam uczynienie czegoś, co jest ewidentnie nieprawością, wówczas jesteśmy zobowiązani przeciwstawić się takiemu rozkazowi. Czy jednak mamy prawo chwytać wówczas za broń? Nauka katolicka odpowiada, iż jest to dozwolone, ale tylko w naprawdę skrajnych i ostatecznych sytuacjach. Papież Grzegorz XVI w encyklice „Mirari vos” stanowczo krytykował ówczesne zbrojne wystąpienia przeciw władzom i stawiał za wzór przykład starożytnych chrześcijan, którzy mimo srogich prześladowań z jednej strony, oraz swej dużej liczebności z drugiej, nie chwytali za broń w walce przeciw pogańskiej i niemoralnej władzy. Ogłoszony w 1992 r. Katechizm Kościoła Katolickiego w pkt nr 2243 określa pięć warunków moralnie dozwolonego użycia siły zbrojnej przeciw władzy politycznej. Są to m.in.: poważne i długotrwałe naruszanie podstawowych praw, wyczerpanie wszystkich innych środków oporu, niepowodowanie większego zamętu, istnienie uzasadnionej nadziei powodzenia, brak lepszych rozwiązań. Być może opiewane przez „Waleczne serce” i „Patriotę” powstania zbrojne przeciw prawowitym władzom spełniały ww. kryteria moralne. Można tu podawać argumenty zarówno „pro” jak i „contra”. Z pewnością np. wielkim nadużyciem ze strony Anglików było stosowane przez nich względem szkockich nowo poślubionych mężatek tzw. prawo pierwszej nocy. Z drugiej strony jednak, czy wystarczająco ważnym powodem do rozpoczynania rozlewu krwi był fakt, iż angielska monarchia stosowała względem swych amerykańskich kolonii zbytni wyzysk ekonomiczny? Warto pamiętać, iż pierwsi chrześcijanie byli znacznie bardziej gwałtownie i srogo uciskani, aniżeli średniowieczni Szkoci i 18-wieczni amerykańscy koloniści. Władza, z którą mieli oni do czynienia była o wiele mocniej zdemoralizowana i tyrańska aniżeli angielska korona. Mimo to pierwsi chrześcijanie nie chwycili za broń, by obalić pogańskie, bałwochwalcze i niemoralne rządy. Tak czy inaczej, zarówno Mel, jak i my, powinniśmy 100 razy zastanowić się, zanim zaczniemy wysławiać zbrojne rebelie. Tym bardziej powinniśmy się nad tym poważnie zastanowić, gdy zważymy na łatwość z jaką, z jednej strony wysławiamy przeróżne, dawne zbrojne powstania, a z drugiej zaś jesteśmy skłonni zdecydowanie piętnować jako niemoralną przemoc stosowaną względem morderców nienarodzonych dzieci przez dzisiejszych, niektórych przeciwników aborcji.

A co z „Pasją”?

Brak jest zatem przekonywujących dowodów na to, iż wielka część twórczość Mela stanowi ukrytą albo jawną ewangelizację przemysłu filmowego. Co prawda, od jakiś 12 – 13 lat filmy Gibsona są ,w porównaniu z jego dawniejszymi rolami, bardziej tradycyjne i konserwatywne, ale i w ich przypadku nie sposób uciec od poważnych zastrzeżeń.

Koronnym argumentem na rzecz chrześcijańskiej krucjaty, jaką Mel Gibson ma prowadzić w Hollywood, jest wyreżyserowana przez niego „Pasja”. Bez wątpienia film ten jest głębokim i poruszającym wyrazem wiary chrześcijańskiej. Co prawda, jest w nim o wiele więcej okrucieństwa i przelewu krwi, aniżeli choćby w „Zabójczej Broni”, jednak oczywistość stanowi fakt, iż nie są one tam pokazane, by bawić oraz ekscytować publiczność. Rzeka krwi, którą widzimy w „Pasji” z jednej strony ma obrazować brzydotę naszych grzechów, z drugiej zaś wielkość i nieskończoność Bożego miłosierdzia, które sprawiło, iż sam Boży Syn zgodził się poddać niewypowiedzianym cierpieniom, by wyzwolić ludzki rodzaj z niewoli grzechu i szatana. Przemoc w „Pasji” ma zatem nas – nie bawić, ale smucić, nie ekscytować, ale zmuszać do refleksji.

Pytanie związane z „Pasją” nie zasadza się na zarzutach względem jej ortodoksji, ale związane jest z jej owocami. Kiedy ów film miał wejść na ekrany, środowiska chrześcijańskie robiły sobie wiele nadziei odnośnie jego ewangelizacyjnej mocy. Gdybyśmy przewertowali doniesienia katolickich mass mediów z tego okresu mielibyśmy wrażenie, iż premiera „Pasji” da początek jakiemuś wielkiemu przebudzeniu wśród chrześcijan. Mimo upływu przeszło 3 lat od wejścia „Pasji” na ekrany kin, mimo, iż ów film obejrzało setki milionów wierzących i niewierzących na całym świecie, nie widać choćby słabych oznak tego, co w związku z jego emisją wielu sobie obiecywało. Odnotowano kilka przykładów radykalnych nawróceń po obejrzeniu „Pasji”. A to jakiś rabuś zgłosił się po latach na policję. To z kolei jakiś neonazista postanowił przyznać się do popełnionej przez siebie dawniej zbrodni. Jednak wszystko to były raczej pojedyncze wypadki. Zazwyczaj ludzie szli na „Pasję”, nieco pochlipali nad widokiem umęczonego Jezusa, ale po wyjściu z kina zaraz wracali do swych starych nałogów, wad i grzechów. Cudzołożnicy, pijacy, homoseksualiści, okultyści, awanturnicy, kłamcy, oszuści, itp., w swej przeważającej masie nie wychodzili z pokazów „Pasji” nawróceni. Dziesiątki tysięcy kin wyświetlało „Pasję”, ale czy choćby 10 z nich zrezygnowało z emisji setek niemoralnych, bezbożnych i antychrześcijańskich filmów? Niestety, ale wydaje się, iż ogólnie rzecz biorąc duchowy wpływ „Pasji” jest znikomy. Zdają się potwierdzać to wyniki przeprowadzonego w 2004 r. przez „According Barna Research Group” sondażu. George Barna, kierujący badaniem stwierdził przy tej okazji: "Wśród najbardziej uderzających wyników badania jest oczywisty brak bezpośredniego ewangelizującego wpływu tego filmu. Pomimo kampanii marketingowych etykietujących film jako <<największe narzędzie ewangelizacji>> naszej ery mniej niż jedna dziesiąta procenta z tych, którzy obejrzeli film, stwierdziła że dokonała wyznania wiary lub uznała Jezusa Chrystusa za swojego Zbawiciela w następstwie w reakcji na treść tego filmu. Równie zaskakujący był brak wpływu na determinacje ludzi w zaangażowaniu w ewangelizację. Mniej niż pół procenta widowni stwierdziła, że została zmotywowana do bardziej aktywnego dzielenia się wiarą w Chrystusa z innymi w rezultacie obejrzenia tego filmu”.

Jak jest możliwe, by tak poruszający i głęboki film, jak „Pasja” przywiódł tak niewielu ludzi do nowego narodzenia? Ktoś powie może, iż sam nasz Pan Jezus Chrystus mimo, że w czasie swego ziemskiego bytowania, objawiał się jako sama doskonałość, miłość, prawda i dobroć, nie nawrócił przecież wszystkich, którzy się z Nim stykali. Ktoś inny wskaże na przykład niejednego Świętego, który mimo wielu kazań i żarliwych modłów, przez wiele lat nie mógł przywieść do Pana Jezusa zbyt wielu dusz. Można wreszcie argumentować, że czasem dobre owoce widać dopiero po wielu, wielu latach. Warto jednak zastanowić nad innym wytłumaczeniem nikłego zasięgu ewangelizacyjnego „Pasji”. Tradycyjne przysłowie hiszpańskie mówi: „Słowa uczą, przykłady pociągają”. Oznacza to, iż najbardziej mądre, prawdziwe i dobre słowa nie trafią do zbyt wielu serc, jeśli nie będzie za nimi szedł przykład osobistego życia. Prawowierne i moralne kazanie niewielu nawróci, jeśli zostanie wygłoszone przez niemoralnie prowadzącego się kaznodzieję. Cóż z tego, że np. kaznodzieje będę biadali nad powszechnym wśród katolików wstydem przed okazywaniem swej wiary (brak modlitwy przy posiłkach, nie klękanie przed Najświętszym Sakramentem, etc), jeśli ci sami kaznodzieje wychodząc z kościoła zrzucają już nie tylko sutanny i habity, ale ukrywają nawet skromne koloratki? Niestety, ale obawiam się, iż za niskim wpływem ewangelizacyjnym „Pasji” nie stoi to, iż jeszcze nie przyszedł czas zbierania owoców tego filmu, ale kryje się za tym ponury cień dawnej, ale nie wypędzonej stanowczo, twórczości Mela Gibsona. Jeżeli Mel nie odciął się od nieprawości, które niegdyś reklamował, a co więcej, w jego ostatnich filmach wciąż pojawiały się wątpliwe moralnie akcenty, to nie można się dziwić, iż „Pasja” wywołuje więcej sentymentalnych wzruszeń, aniżeli trwałych, gruntownych zmian w życiu. Jaką wiarygodność należy przypisywać ewangelizacyjnym poczynaniom tych, którzy swą silną pozycję w Hollywood zdobyli na celebrowaniu przemocy i wolnego seksu, w dodatku nie kwapiąc się jeszcze do wyrażenia smutku i żalu z tego powodu? Czy taka postawa Mela Gibsona nie daje ludziom sygnału: „Wiara sobie, a życie sobie. Taką miałem pracę i musiałem w pewnych rzeczach brać udział”? Z pewnością takie przesłanie „pocieszy” wielu chrześcijan, albowiem oddali od nich perspektywę radykalnego zerwania z grzechem we wszystkich sferach swego życia. Czy można się zatem dziwić, iż „Pasja” nie nawróciła nawet jednej z głównych aktorek w niej występujących, a mianowicie pani Moniki Belluci? Grała ona w tym filmie Marię Magdalenę. W swym życiu jest ona jednak antytezą Marii Magdaleny. O ile ta porzuciła swój niemoralny stylu życia i poszła za Zbawicielem, Belluci zarówno przed swym udziałem w „Pasji” jak i po nim, grała w wielu ocierających się o pornografię filmach, a nawet pozowała do rozbieranych zdjęć w erotycznych magazynach „dla Panów”. Niedługo po emisji „Pasji” Monika Belluci wzięła udział w komedii „Za ile mnie pokochasz?”, która jak sugeruje już sam tytuł, poświęcona jest płatnemu seksowi. Czy można sobie wyobrazić bardziej diaboliczny rechot ze św. Marii Magdaleny? Ta, która porzuciła seksualną niemoralność grana przez niewiastę wynoszącą cudzołóstwo, prostytucję i bezwstyd na piedestał.

Kultura masowa z pewnością czeka na ewangelizację. Nie przeczę, iż Mel Gibson może w tej dziedzinie zdziałać jeszcze wiele dobrego. Póki jednak nie zdecyduje się on na wyraźne i jednoznaczne potępienie plugawej części swego filmowego dorobku, póty miliony konserwatywnych chrześcijan będzie wciąż skłonnych usprawiedliwiać duchowe cudzołożenie z bożkami popkultury dokonywane po sztandarem jej chrystianizacji. W takim wypadku to nie my będziemy jednak ewangelizować popkulturę, ale popkultura, będzie antyewangelizować nas.

Potrzeba nowego św. Almacha

Nauka o tym, iż kultura masowa może być zmieniona tylko przez odważne i stanowcze przeciwstawienie się wszelkiej ugodzie z jej niemoralnymi i bezbożnymi nurtami płynie ze świadectwa danego przez dzielnego mnicha, który około r.400 wybrał męczeństwo zamiast kompromisu z duchem rozrywki popularnej. Postać tę przybliża nam Eric Holmberg z chrześcijańskiego centrum apologetycznego „Reel to Reel Ministries”:

W ciągu poprzednich 150 lat Cesarstwo Rzymskie zaczęło przyjmować religię chrześcijańską, którą przedtem prześladowało. Lecz kiedy Kościół stał się społecznie akceptowany, jego członkami stało się wielu, którzy albo nie byli ponownie narodzeni, albo nie byli przygotowani do przyjęcia dyscypliny chrześcijańskiego życia. I tak spora ilość kompromisowości zaczęła wkradać się do Kościoła . Pod koniec czwartego wieku wielu ludzi uczęszczających do kościoła nie widziało nic złego w uczęszczaniu na igrzyska gladiatorów, celebrując przelewanie krwi na tych samych arenach, gdzie niegdyś chrześcijanie ponosili męczeństwo za swoją wiarę. Almach był ascetą ze wschodniej prowincji imperium. Przybywszy do Rzymu zdecydował się odwiedzić stadion, aby zobaczyć co tak opanowało serca i wyobraźnię rzymskich obywateli. Postawiony w obliczu widowiska dwóch walczących na śmierć, podczas gdy pijany krwią tłum wykrzykiwał swoją aprobatę, Almach wskoczył na arenę i próbował powstrzymać zawody, ganiąc widownię za jej żądzę i pogwałcenie Piątego Przykazania. Widzowie skierowali się na niego, wlewając się tłumnie na arenę, po drodze zbierając kamienie. Wkrótce dzielny mnich padł martwy, kolejny skąpany we krwi męczennik dla sprawy Chrystusa. Jednak historia na tym się nie kończy. Cesarz Honoriusz dowiedział się o ofierze Almacha, obwołując go bohaterem i prawdziwym żołnierzem krzyża. W 404 r. Honoriusz wydał cesarski dekret wyjmujący spod prawa walki gladiatorów w całym imperium. Interwencja mnicha przyniosła światło i zmieniła kulturę (przynajmniej w pewnym zakresie – dopowiedzenie moje MS).”

Póki osobistości showbiznesu nie staną się podobne do św. Almacha, póty twierdzenia o ewangelizacji kultury masowej będą miały więcej wspólnego z ułudą, aniżeli z rzeczywistością.

do góry