|
Święta tanecznica?
23.05.2006
"Atrakcyjna, lubiła dobrze się ubierać, katalogi mody zamawiała w Paryżu. Nie stroniła od gustownego makijażu, malowała paznokcie. Miała karnet do La Scali, odwiedzała teatry i kina, chętnie bywała na przyjęciach i sama je organizowała, kochała taniec" (podkreślenie moje - MS). - powyższy urywek jest cytatem z artykułu opublikowanego w jednym z kościelnych pism, a poświęconego św. Joannie Berettcie Molli. W ostatnich latach publikacje katolickie zasypują nas informacjami o tejże Świętej, a w prawie ich wszystkich jak refren pojawia się zwrot: "Kochała tańczyć, chodziła do kina i teatru, malowała się...". Każdy więc interesujący się życiem kościelnym wierny od dawna wie więc już, iż ta wielka męczennica, która wolała umrzeć, niźli w jakikolwiek przyczynić się do śmierci swego nienarodzonego już dziecka, była zarazem tanecznicą, modnisią oraz fanką ówczesnej kultury masowej. Jaki wniosek z takiej tezy wysunąć mogą dzisiejsi katolicy? Świątobliwe życie nie kłóci się z chodzeniem na dyskoteki, podążaniem za głównymi nurtami mody czy też oglądaniem telewizyjnych show w rodzaju "Taniec z gwiazdami" lub delektowaniem się treściami wylewającymi się z MTV. W połączeniu z całkowitym zniknięciem lub przynajmniej drastycznym obniżeniem częstotliwości kazań w kościołach skierowanych przeciwko bezwstydnym tańcom, nieskromnym strojom czy też złym filmom i programom telewizyjnym niesie to wiernym "radosną nowinę": "Możesz być świętym równiachą! By być świętym nie musisz zostać odludkiem i dziwakiem!". I do tańca i do różańca?Można by się spytać, czy w takim stawianiu sprawy św. Joanny Molli czy też ideału świętości w ogólności tkwi jakikolwiek problem? Otóż tak. Chodzi tu bowiem o wykrzywianie - w pewnej części - sylwetki tej Świętej, a także skarykaturyzowanie tradycyjnego nauczania katolickiego o powszechnym powołaniu do świętości. W czym tkwi sedno zagadnienia? Zacznijmy od początku, a więc od samej św. Joanny Beretty Molli. Problem z osobą św. Joanny Molli polega między innymi na tym, iż przedstawia się ją, jako "tańczącą świętą", kogoś kto jak ulał pasuje do powiedzenia: " I do tańca i do różańca". Zapewne nie więcej niż 0, 01 proc. polskiego społeczeństwa o tym wie, ale taniec towarzyski (nie mylić z innego typu tańcami, choćby tańcem kultowym czy rytualnym), delikatnie mówiąc, nigdy nie należał do ulubieńców Kościoła katolickiego. Ojcowie, Doktorzy, Święci i wybitni teologowie katoliccy zawsze kojarzyli taniec towarzyski z bliskimi okazjami do grzechu, widząc w nim zwłaszcza silną pobudkę do nieczystości. Krytycyzm względem takowych tańców różnił się jedynie stopniem swej ostrości i nieprzejednania. Jedni - ich sztandarowym postacią jest choćby św. Jan Maria Vianney, który zakazywał wszelkiego rodzaju tańców towarzyskich, odmawiając rozgrzeszenia nawet za samo przyglądanie się takowym - traktowali tańce damsko - męskie z otwartą wrogością. Drudzy - przykładem może być tu św. Franciszek Salezy, który także przestrzegał przed zabawami tanecznymi, jednak w pewnych okolicznościach i przy zachowaniu rygorystycznych warunków dopuszczał możliwość sporadycznego wzięcia udziału w tego rodzaju imprezie - odnosili się do tańców ze zdecydowaną niechęcią. Podsumowując więc, tradycyjna teologia moralna, poczynając już od samych początków chrześcijaństwa, aż do poł. 20 wieku względem tańców towarzyskich zajmowała postawę oscylującą pomiędzy absolutnym potępieniem, a bardzo niechętną tolerancją. Tańcząca Joanna Molla, jakby nie patrzeć musi w świetle tradycyjnie antytanecznej postawy Kościoła św. budzić pewne pytania i kontrowersje. Po bliższym przyjrzeniu się miłości, jaką do tańca, miała pałać ta Święta, dostrzegamy jednak, iż sprawa ta nie jest tak prosta, jak chcieliby ją widzieć współcześni obrońcy damsko-męskich pląsów. Pierwszym pytaniem, jakie należałoby tu postawić jest to, jakiemu rodzajowi tańca oddawała się ta Święta? Czy był to taniec towarzyski, czy też może ta bogobojna niewiasta lubiła potańczyć, ale sama, bez udziału przedstawicieli płci przeciwnej? Gdyby jednak okazało się, iż św. Joanna Molla istotnie oddawała się tańcom towarzyskim trzeba się jeszcze zapytać: z kim tańczyła i w jakim okresie swego życia to czyniła? Czy tańczyła jeszcze jako panna z innymi kawalerami, czy też dopiero po ślubie i tylko z własnym mężem? Próbowałem szukać więcej informacji na temat domniemanej miłości św. Joanny Molla do tańca. Niestety w setkach doniesień o "tańczącej świętej" niezwykle trudno jest dotrzeć do informacji, które pozwoliły by mi odpowiedzieć na postawione wyżej pytania. Tym nie mniej udało mi się dotrzeć do wieści z których wynika, iż św. Joanna Molla istotnie uczęszczała na bale, ale jedynie z własnym mężem. Nie udało mi się dotrzeć do jakichkolwiek informacji z których wynikałoby, iż miłość do tańca skłaniałaby tę że Świętą do oddawania się pląsom z kimkolwiek innym niż ze swym prawowitym małżonkiem. Takie postawienie sprawy budzi na pewno znacznie mniej kontrowersji, niż gdyby miało okazać się, iż św. Joanna tańczyła jeszcze jako panna. Jeżeli bowiem małżonkowie mają prawo odbywać ze sobą stosunki płciowe, to trudno kwestionować ich prawo do tańczenia ze sobą. Jasnym jest, iż w wypadku prawowitego małżeństwa taniec nie może być uważany za bliską okazję do grzechu, albowiem osoby pozostające w takim związku mogą wzbudzać względem siebie zainteresowanie seksualne. Jedyną kwestią dyskusyjną, która wiąże się z omawianym tu wypadkiem, jest to czy dozwolone jest małżonkom tańczyć ze sobą w obecności innych osób? Ze względu na brak miejsca i czasu, nie podejmę się jednak teraz próby odpowiedzi na to konkretne pytanie. Odwracanie kota ogonem Co więcej nawet gdyby, teoretycznie zakładając, św. Joanna Molla tańczyła również jako panna, owa przesłanka w najmniejszym stopniu nie świadczyłaby przeciw tradycyjnie antytanecznej postawie Kościoła. Dlaczego? Zanim odpowiem na to pytanie, pozwolę sobie na małą dygresję. Otóż, częstym zarzutem jaki przyszło mi odpierać w kwestii tańców było twierdzenie, jakobym wyrywał z katolickiego nauczania pojedyncze i izolowane wypowiedzi i przykłady jakiegoś Świętego. Ów zarzut zawierał w sobie sugestię, jakoby wrogość lub nieprzychylność względem tańca towarzyskiego była jakimś, całkowicie uwarunkowanym historycznie epizodem w historii Kościoła świętego. Czymś co nie tylko że może okazać się zmienne, ale i błędne oraz niezgodne z oficjalną wykładnią Magisterium. Przytoczony wyżej argument w odniesieniu do tradycyjnie katolickiej wrogości lub niechęci względem tańców nie ma jednak zupełnie zastosowania. Wszak postawa o której tu mówimy była obecna w katolickiej doktrynie moralnej przez wszystkie wieki, w różnych etapach rozwoju historycznego i kulturowego. Z całą pewnością nie da się jej zamknąć w granicach ściśle historyczno-kulturowych uwarunkowań. Co ciekawe jednak, wyżej przytoczony zarzut może być zastosowany właśnie względem tych, którzy przyjmując tezę (podkreślmy jeszcze raz całkowicie teoretyczną tezę) o św. Joannie Molli tańczącej z kimś innym, aniżeli tylko z własnym mężem. Istotnie bowiem, fakt wyniesienia kogoś na ołtarze nie oznacza automatycznego uznania prawowierności wszystkich wypowiedzi i czynów danej osoby. Istotnie, katolicka hagiografia zna niemało wypadków wypowiedzi, a nawet uczynków Świętych, które rozpatrywane na płaszczyźnie obiektywnej, należałoby uznać za heretyckie, fałszywe, złe, albo przynajmniej moralnie mocno wątpliwe. Mimo to, Kościół święty podaje takie osoby za wzór innym chrześcijanom. Dlaczego? Tradycyjna teologia moralna zna bowiem wypadki niezawinionej niewiedzy odnośnie zła określonych czynów i wypowiedzi. Dany akt obiektywnie rzecz biorąc może być wstrętny Panu Bogu, tym niemniej konkretne osoba w szczerości swego serca może uważać go za miły (lub przynajmniej obojętny) Wszechmocnemu. Taki przypadek niezawinionej niewiedzy może pozwolić nawet wynieść taką osobę na ołtarze. Podajmy zaledwie kilka tego rodzaju przypadków. · św. Apollina sama wrzuciła się w ogień po tym jak prześladowcy grozili jej, iż wrzucą ją w płomienie, jeśli nie wypowie kilku bezbożnych słów. Czyn św. Apolliny spełnia kryteria, jakie przypisuje się bezpośredniemu samobójstwu, a więc czynowi, który katolicka doktryna moralna zwie "aktem wewnętrznie nieuporządkowanym", to znaczy takim, którego dokonania nie może uprawomocnić najświętszy cel i najszlachetniejsza intencja. Św. Appolina jest jednak czczona przez Kościół jako męczennica, albowiem uznaje się, iż czyn jej był skutkiem pobożnej prostoty, której zasadą byłą żarliwość i miłość. Nie oznacza to wcale, iż Kościół święty dopuszcza jakiekolwiek wyjątki od moralnego zakazu samobójstwa. Św. Apollina jest honorowana nie tyle za samobójstwo powodowane względami religijnymi, ale za swą szczerość i heroizm.· św. Justyn Męczennik w swych pismach nazywał Pana Jezusa "mniejszym Bogiem". Obiektywnie rzecz ujmując takie stwierdzenie jest rażąco heretyckie, a nawet bluźniercze. W czasach św. Justyna nie było jednak jeszcze zdefiniowanej doktryny nt. Boskości Chrystusa, dlatego też można przyjąć, iż jego wypowiedzi w tym względzie były uwarunkowane niezawinioną niewiedzą, teologicznymi poszukiwaniami, a nie buntem względem wiary katolickiej.· św. Hieronim twierdził: "Żydzi nienawidzą Boga, a Bóg nienawidzi Żydów". Tu z kolei mamy do czynienia wręcz z bluźnierstwem.· św. Tomasz z Akwinu poddawał w wątpliwość Niepokalane Poczęcie Najświętszej Maryi Panny, prawdę, którą kilka wieków później bł. Pius IX ogłosił dogmatem wiary.· św. Filip Nereusz by ukrywać swe dobre czyny, udawał pijaka (co zatem z zasadą, iż nigdy nie wolno kłamać i oszukiwać, nawet jeśli jest to robione w szlachetnym celu?). · św. Maksymilian Maria Kolbe w swych tekstach powoływał się na "Protokoły Mędrców Syjonu". Dziś, po latach, udowodniono z całą pewnością, iż książka ta jest fałszywką stworzoną przez carską "Ochranę". Tego faktu nie musieli jednak wiedzieć ludzie żyjący 70 lat temu. Wszystkie te i innego rodzaju "gafy" w wykonaniu osób beatyfikowanych i kanonizowanych nie były jednak nigdy jakąś stałą linią Kościoła. Mimo, że obiektywnie rzecz biorąc były to czyny i wypowiedzi błędne, albo przynajmniej mocno wątpliwe, to ostatecznie rzecz biorąc nie stanęły one na drodze oficjalnego uznania świętości danej osoby, gdyż z różnych historycznych i kulturowych przyczyn ich zło nie było wówczas widoczne. Podobnie, gdyby prawdą miało być, iż św. Joanna Molla tańczyła z kimś innym, aniżeli jej własny mąż, nietrudno byłoby udowodnić, iż jej postępowanie w tej materii, miałoby charakter niezawinionej niewiedzy odnośnie bliskiej okazji do grzechu jak zazwyczaj związana jest z tańcem towarzyskim. · problem braku odwagi w głoszeniu trudnych prawd i zasad, bądź też luk w wiedzy teologicznej wśród katolickiego duchowieństwa nie jest wynalazkiem czasów "posoborowych". Również w czasach św. Joanny Molli nie wszyscy księża mieli na tyle hartu ducha (albo na tyle znajomości katolickiej doktryny moralnej) by odkrywać przed swymi owieczkami niebezpieczeństwo tańców towarzyskich. Św. Joanna Beretta nie była ani księdzem, ani nawet zakonnicą. Ona była zwykłą, świecką katoliczką, która w sposób naturalny ufała księżom, którzy ją prowadzili. Jeśli trafiła w swym życiu na księży, którzy nie przedstawili jej tradycyjnej nauki katolickiej w omawianym tu temacie, to trudno się dziwić, iż ona sama mogła nie widzieć niebezpieczeństwa w tańcach towarzyskich. · Ta nieznajomość byłaby tu potęgowana jeszcze tym, iż św. Joanna była kobietą. Popęd seksualny niewiasty różni się zaś w pewnym stopniu od męskiego pociągu płciowego. Niewiasta często może np. nie widzieć niebezpieczeństwa w tym jak się ubiera, albowiem kobiety w znacznie mniejszym stopniu niż mężczyźni zwracają uwagę na cielesne walory przedstawiciela płci przeciwnej. Analogicznie sprawa może wyglądać z tańcem. Nawet więc, gdyby prawdą miało być (choć ja nie znalazłem na to potwierdzenia), iż św. Joanna Molla tańczyła z osobą sobie niepoślubioną, to i tak ten jeden przykład w żaden sposób nie może osłabić powagi i znaczenia powszechnego nauczania Ojców, Doktorów i Świętych w kwestii tańców towarzyskich. To właśnie jakakolwiek "tańcząca Święta" byłaby ściśle uwarunkowanym kulturowo i historycznie epizodem w katolickiej hagiografii. Poplecznicy tańca towarzyskiego stosują typowe "odwracanie kota ogonem". Dwadzieścia stuleci nieustannych antytanecznych ostrzeżeń i potępień pragną wrzucić do kosza pod nazwą "historyczno-kulturowe uwarunkowania", swoje zaś przypuszczenia co do jednej Świętej pragną uczynić nieomylnymi i wiążącymi dla doktryny katolickiej. Czynienie ze św. Joanny Molli "bogobojnej tanecznicy" blednie jednak z próbami czynienia z niej zagorzałej kinomanki, bywalczyni teatru i strojnisi. Faktem jest, że owa Święta chodziła do kina i teatru. Jej postawa w tym względzie daleka była jednak od lekkomyślnego korzystania z wytworów ówczesnej kultury masowej. Obawiam się, iż fani "M jak miłość" albo "Allo, Allo" nie znajdą w św. Joannie Molli swego sprzymierzeńca. Ta bogobojna niewiasta podchodziła bowiem do kultury masowej swych czasów w sposób bardzo czujny i surowy. Podczas swych rekolekcji zamkniętych uroczyście postanowiła: "Aby służyć Bogu, nie pójdę do kina, jeśli nie upewnię się, że film jest odpowiedni, że nie jest gorszący czy niemoralny". A dodajmy, że św. Joanna Molla żyła we Włoszech, w latach 1922 - 1962. Gdybyśmy porównali najbardziej niemoralne wytwory prezentowane wówczas na ekranach i deskach włoskich kin oraz teatrów z tym, co dzisiaj można na co dzień obejrzeć w porannym paśmie telewizyjnym, to te pierwsze wydałyby się nam dziecinną igraszką w porównaniu z tymi drugimi. Warto zresztą zwrócić jeszcze uwagę na to, iż zarówno rządzący wtedy Włochami reżim faszystowski, jak i późniejsza Chrześcijańska Demokracja stosowały względnie surową cenzurę, która w dużym stopniu eliminowała z kulturowego obiegu treści godzące w tradycyjne zasady moralności chrześcijańskiej. Analogicznie rzecz biorąc dzisiejsze kobiety uważające za rzecz normalną odsłanianie kolan, ramion, pleców, brzuchów i części klatki piersiowej mogą zapomnieć o przyjęciu za swą patronkę św. Joanny Molli. To, że św. Joanna zamawiała katalogi mody z samego Paryża, nie znaczy wcale, iż bezkrytycznie podążała za wszystkimi ówczesnymi kierunkami mody (duża część z nich już wtedy ubliżała tradycyjnie chrześcijańskim kanonom skromności i wstydliwości). Dane mi było widzieć fotografie św. Joanny Molli i najbardziej "krótkim" strojem, w który była ona odziana była długa, workowata suknia sięgająca dużo poniżej kolan, oraz bluzka w rękawem sięgającym połowy ramienia. Ta fotografia została zresztą najprawdopodobniej uczyniona w ścisłym gronie rodzinnym. Wskazuje na to jej kontekst. Na wszystkich innych zdjęciach jej strój był jeszcze skromniejszy: długa, workowata (to znaczy o kroju absolutnie nie podkreślającym linii ciała) suknia sięgająca połowy łydki (a nie uda!), bluzy zakrywające łokcie, etc. Komercyjni "święci"Jak już to wcześniej zasygnalizowałem przykład św. Joanny Molli jest wykorzystywany do wykrzywiania odwiecznego nauczania Kościoła (a w naszych czasach szczególnie mocno przypomnianego przez św. Jose Escrivę) o tym, iż powołaniem każdego człowieka jest osiągnięcie świętości i że prawe, bogobojne, święte życie można prowadzić w każdym stanie: kapłaństwie, małżeństwie, jak i konsekrowanym lub niekonsekrowanym celibacie (to znaczy w zakonie lub w samotności). Ludzie, którzy wykrzywiają tę pradawną naukę katolicką akcentują co prawda sam rdzeń doktryny o powszechnym powołaniu do świętości, ale wnioski, jakie z niej wyciągają często są już wątpliwe, a nawet wprost fałszywe. Mówią oni rzeczy w pewnym sensie prawdziwe ("by być Świętym nie musisz być odludkiem lub dziwakiem"), by następnie przejść do bardzo, ale to bardzo kontrowersyjnych konkluzji ("można być Świętym chodząc na plaże, dyskoteki, grając główne role w kasowych hitach filmowych, etc."). Zamiast tradycyjnie katolickiego ideału uświęcania codziennej rzeczywistości, apologeci wyżej zarysowanego modelu "świętości" promują "uświęcanie" grzechu. Coraz częściej wzór świętości, droga Krzyża i wyrzeczeń, zastępowana jest mirażami o bogobojnym życiu, które daje sławę, doczesny sukces i pełne konto w banku. W efekcie zamiast świętości rodzi nam się bękart składający ogarek Panu Bogu, a diabłu świeczkę. Podajmy kilka przykładów osób, które są promowane przynajmniej przez niektóre kręgi jako wzór dobrych chrześcijan:· Britney Spears - ta znana piosenkarka pop, w początkach swej kariery dużo mówiła o tym, że chce zostać dziewicą do ślubu. Do tego dochodziły jeszcze wieści o tym, że codziennie się modli i czyta Biblię. To wystarczyło wielu konserwatywnie i tradycyjnie nastawionym kręgom obwołać ją pop-kulturową gwiazdą konserwatyzmu. Mało jednak zwracało uwagę na to, iż stroje, tańce i gesty panny Spears od samego początku miały się do cnoty czystości jak pięść do nosa. Co więcej, wokalistka ta im bardziej gorliwie deklarowała swą wolę bycia dziewicą, tym bardziej nieskromne i wyuzdane stawało się jej zachowanie na scenie. Być może niektórym spadły klapki z oczu, gdy panna Spears ostatecznie oświadczyła, iż dziewicą nie jest, onanizm uważa za rzecz zdrową i normalną, a do swych publicznych występów włączyła już nie tylko bezwstydne stroje i tańce, ale również elementy homoseksualizmu i symulację heteroseksualnego stosunku płciowego.· Erica Harold - ta zdobywczyni tytułu "Miss USA" ze względu na swe publiczne zaangażowanie na rzecz czystości przedmałżeńskiej była już chwalona przez takie pisma jak "Przewodnik katolicki", "Najwyższy Czas!" i "Miłujcie się". Mało kto jednak pytał, czy panna Harold pomagała męskiej widowni zachować cnotę czystości w spojrzeniach, pragnieniach i myślach, kiedy paradowała przed milionami oczu w samej bieliźnie, pozwalając by każdy mógł ocenić rozmiar jej biustu, bioder, jędrność pośladków, stopień gładkości brzucha, etc? · Krzysztof Krawczyk - ten gwiazdor polskiego popu dużo mówi o swym nawróceniu i wierze chrześcijańskiej. Co więcej daje piękne świadectwo, gdy otoczony odzianymi jak prostytutki tancerkami trzyma mikron dłonią na której uwieszony ma różaniec.· Tomasz Adamek - jedno z ostatnich odkryć piewców "komercyjnej świętości". Mistrz świata boksu. A że codziennie odmawia Różaniec i przed każdą walką na ringu się modli, Pan Bóg zapewne błogosławi mu, gdy przy ryku tłumów i ku powiększeniu liczby zer na swym koncie rozbija swemu bliźniemu nos. Co tam, przecież i tak bokserzy tak naprawdę się kochają, a że publiczność łaknie widoku krwi to przecież już nie jest ich wina. W końcu taki mają zawód. Nie wiem, może za mało jestem obeznany w tym temacie, ale nawet uwzględniając rozmaite uwarunkowanie kulturowo-historyczne, w jakich żyli poszczególni Święci, nie wyobrażam sobie św. Cypriana mówiącego aktorom swych czasów by nie porzucali swego zajęcia, ale "uświęcali" je poprzez odmówienie modlitwy przed każdym z bezecnych przedstawień, w których mieli właśnie wziąć udział. Trudno mi sobie też wyobrazić św. Almacha dopingującego gladiatorów, mówiącego im, żeby modlili się przed każdym występem na arenie. Jakoś nie widzę również św. Karoliny Kózkówny w roli prężącej przed jury swe wdzięki, odzianej w bikini piękności. Trudno jest ginąć na arenie, trudno jest rzucać zawód, który wykonywało się przez całe życie, trudno jest przechodzić przez Morze Czerwone. Jednak to właśnie tego rodzaju świętość potrafi zmieniać całe społeczeństwa i nadawać nowe kierunki historii. Komercyjna "świętość" polegająca na próbie przypodobania się światu, przekonania go, iż nie jest się tak "zacofanym" i "staroświeckim", takich owoców nie przyniesie.

|