Papież Benedykt XVI ogłosił niedawno św. Jana Vianneya patronem wszystkich kapłanów. To nie pierwsze tego rodzaju wyróżnienie, jakie spotkało św. Proboszcza z Ars ze strony ziemskich wikariuszy Chrystusa. Już Pius XI nadał Vianneyowi tytuł "patrona wszystkich proboszczów", bł. Jan XXIII napisał specjalną, bo poświęconą jego osobie encyklikę, zaś Jan Paweł II uczynił to samo, tyle, że w formie publicznego listu skierowanego do wszystkich kapłanów na Wielki Czwartek. Św. Jan Vianney wydaje się być znanym współczesnym katolikom. Z pewnością słyszał o nim każdy (poza naprawdę absolutnymi wyjątkami) ksiądz. Trudno też przypuszczać, by św. Proboszcz z Ars nie był znany większości pobożnych, acz świeckich katolików. Kapłański rok jubileuszowy, w którym obecny papież, ponownie postawił przed oczy duchownych i świeckich postać św. Jana Marii Vianneya jest zatem kolejną okazją, by poznać duchowe dziedzictwo tego wielkiego męża bożego. Pobieżnie patrząc, można by stwierdzić, iż wszystko jest na dobrej drodze, by życie oraz nauczanie św. Proboszcza z Ars było w świecie katolickim bardziej znane i cenione. Wznawiane są bowiem książki poświęcone temu Świętemu, w prasie katolickiej publikowane są publikowane teksty na jego temat, a i w coniedzielnych kazaniach tu i tam można usłyszeć o Proboszczu z Ars. Można by więc pomyśleć, iż gdyby dziś św. Jan Vianney wrócił na ziemię, to nie miałby on już takich kłopotów ze współbraćmi w kapłaństwie i wiernymi świeckimi, jak w czasie, gdy Bóg powierzył mu misję prowadzenia dusz. Krótko mówiąc: księża nie nazywaliby go teraz "kryptojansenistą" lub "zelotą", ale poczytywaliby sobie za zaszczyt móc gościć go w swych kościołach; świeccy zaś zamiast opuszczać jego kazania, wypełniali by po brzegi kościelne nawy, by móc posłuchać co do powiedzenia ma boży prorok. Choć powyższa wizja jest wspaniała i ujmująca, to nie wydaje się być realna. Co więcej, jest niemal pewne, że św. Proboszcz z Ars byłby dziś traktowany przez katolików (zarówno z "lewa" jak i "prawa") znacznie gorzej, niż w czasach, w których przyszło mu żyć. Nie wierzysz drogi Czytelniku? Zagłęb się więc proszę w poniższe relacje z jego działalności duszpasterskiej i odpowiedz sobie szczerze na pytania, które zostaną doń dołączone. Oto fragmenty z kazań św. Proboszcza z Ars:
Także bale i tańce są pod tym względem bardzo niebezpieczne. Co najmniej trzy czwarte młodych ludzi dostaje się z ich powodu w ręce nieczystego ducha. Nie muszę wam tego dowodzić, bo już to, niestety, wiecie z własnego doświadczenia. Ile złych myśli, ile brudnych pragnień i niemoralnych postępków powodują tańce! Wcale się nie dziwię, że aż osiem synodów francuskich pod ciężkimi karami zabraniało swawolnych zabaw. Ale powiecie mi: Dlaczego niektórzy księża nie traktują tego jako grzech? Powiem tylko tyle, że każdy za siebie zda rachunek przed Bogiem. Dlaczego tylu ludzi się gubi? Dlaczego nie przystępują do Sakramentów Świętych? Dlaczego opuszczają modlitwę? Powodem tego są zabawy i tańce, które przeciągają się do późna w noc. Ile dziewcząt straciło z tego powodu dobre imię – więcej: swoją biedną duszę, niebo i Boga! Św. Augustyn twierdzi, że mniejszym złem byłoby całą niedzielę pracować, niż spędzić ją na tańcach! Tak, moi bracia, dopiero na Sądzie Ostatecznym przekonamy się, że przez te zabawy dziewczęta, które tak lubią na nich bywać, popełniły więcej grzechów, niż mają włosów na głowie. Ile się wtedy zdarza nieczystych spojrzeń, ile pragnień, ile nieskromnych dotknięć, brudnych słów, roznamiętnionych uścisków, ile zazdrości i kłótni? Dobrze powiedział cierpiący Hiob: "Trzymają bęben i harfę i weselą się przy głosie muzyki. Prowadzą w dobrach dni swoje, a w mgnieniu oka do piekła zstępują" ( Hi 21, 12 – 13 ). Prorok Ezechiel z rozkazu Boga mówi do Żydów, że za tańce spadnie na nich surowa kara, żeby cały lud Izraela zaczął się tego bać. Św. Jan Chryzostom twierdzi, że patriarchowie Abraham, Izaak i Jakub nie pozwalali wyprawiać pląsów na swoich weselach, bojąc się kary niebios/ Zresztą nie potrzebują na to wyszukiwać długich dowodów. Spytam się was tylko: powiedzcie szczerze – czy chcielibyście umrzeć zaraz po powrocie z tańców? Na pewno nie. Sami jakoś tam przyznacie, że bezsensowne oddawanie się zabawom jest rzeczą zła i że trzeba się z tego spowiadać. Za czasów św. Karola Boromoeusza osoby, które prowadziły hulaszczy tryb życia skazywano na surową pokutę, a niekiedy nawet je ekskomunikowano. W godziną śmierci przekonacie się o prawdziwości tego, co mówię, ale dla wielu nie będzie już czasu na poprawę. Tylko ślepi mogą dowodzić, że przy tańcach nie grozi im żadne niebezpieczeństwo. Gdyby tak miało być, to czemu ludzie, którzy chcieli zdobyć niebo, tak starannie unikali zabaw i tańców, dlaczego tak żałowali za wszystkie szaleństwa młodości? Teraz możemy się łudzić, ale kiedyś przyjdzie dzień, w którym spadną nam z oczu łuski – dzień, w którym na nic zdadzą się wszelkie wymówki; w tym dniu innymi oczami będziemy patrzyli na świat. Nie ma ani jednego przykazania Bożego, którego by się nie przekraczało przez tańce. Wprawdzie tłumaczą się matki, że przecież czuwają nad córkami. Tak, czuwacie nad ich strojem, lecz nie czuwacie nad ich sercem. Idźcie, potępieni ojcowie i matki, idźcie do piekła, gdzie czeka was gniew Boży, idźcie niebawem przyjdą tam za wami i wasze dzieci, którym wskazaliście tam dokładnie drogę!… Przekonacie się, czy miał słuszność wasz pasterz zabraniając wam tych piekielnych zabaw… Mój Boże, jakże można być zaślepionym do tego stopnia, aby przypuszczać, że nie ma nic złego w tańcu! Korowód taneczny to przecież powróz, którym szatan ściąga dusze do piekła!… Należy również odmówić rozgrzeszenia tym, którzy znajdują się w bardzo bliskiej okazji do grzechu i nie chcą jej unikać. Najbliższą okazją do grzechu nazywamy te miejsca, osoby i okoliczności, w których zazwyczaj upadamy. Są to na przykład: widowiska teatralne, bale, tańce, złe książki, nieuczciwe towarzystwa, nieskromne piosenki i obrazy, rozrzutne stroje, stosunki z osobami płci przeciwnej, które już wcześniej były powodem upadku.Poniżej znajdują się zaś fragmentu opisu działalności duszpasterskiej św. Jana Vianneya opracowane na podstawie akt jego procesu kanonizacyjnego:
Słynnym stał się sposób, w jaki Ksiądz Vianney doprowadził do radykalnego zaniku tańców w swojej parafii, Tu okazał się zwycięzcą na całej linii. Lecz walka była długa; tańce do takiego stopnia przeszły w miejscowy zwyczaj, że święty potrzebował długiego czasu, bo aż 25 lat, aby je całkowicie wyrugować. Łagodny św. Franciszek Salezy, choć potępiał bale z powodu związanych z nimi niebezpieczeństw i możliwych złych skutków, mówiąc o tego rodzaju zabawach kładł jedwabne rękawiczki; św. Jan Vianney, który mu później dorównywał pod względem słodyczy – nie przywdziewał rękawiczek, uważając, że środki ostrożności są tu zbyteczne. Okazywał się nieubłaganym: okazje do grzechu, jak i sam grzech, objął jednym wspólnym słowem potępienia. Miał wzrok bystry, i powstając przeciw tańcom powstawał jednocześnie przeciw nieczystym namiętnościom, których one są zarzewiem. Stąd to również potępiał wieczornice, jakie wówczas były w zwyczaju, oraz zabawy, na które pozwalała sobie młodzież z okazji zaręczyn Jakież to były wieczornice? Oto włościanie z Ars, chcąc spędzić wspólnie długie zimowe wieczory, zbierali się w braku pokojów po oborach, gdzie zwykle bywa ciepło, i tam to, na oczach rodziców, niemych świadków, albo współwinnych, pojawiały się sceny, które w pogaństwie chyba za godziwe uchodzić by mogły. Ciemnota i nieświadomość usprawiedliwiały poniekąd tych biedaków. Cokolwiek bądź było, bezwstydna ta rozwiązłość ustała z chwilą, gdy Ksiądz Vianney z ambony napiętnował ją i potępił Co do tańców, opór był znacznie silniejszy i piędź po piędzi tylko udawało się grunt zdobywać. Przez lat przeszło dziesięć musiał Proboszcz z Ars w naukach swych powracać ustawicznie do tego tematu.Pewnego dnia udał się sam na spotkanie grajka, który właśnie wchodził do wsi z instrumentem pod pachą. – Ile wam płacą za granie? – zapytał go. Gdy grajek wymienił wysokość swego zarobku, zapłacił mu Proboszcz z góry podwójną sumę. Grajek uradowany odszedł i tańców nie było. Kiedyś, w dzień kiermaszu, postąpił podobnie z szynkarzem Bachelardem. Ile spodziewasz się dziś zarobić? – zapytał go. Tyle a tyle, księże proboszczu. Dobrze więc, oto macie tę kwotę i proszę sklep zamknąć!Szynkarz przyjął pieniądze i dotrzymał umowy. Którejś niedzieli już miały się na placu rozpocząć tańce. Oprócz tego miano oprowadzać osła z jadącym na nim manekinem; na szyderstwo, że któryś mąż pantoflarz otrzymał kije od swej żony – gdy nagle ujrzano proboszcza przechodzącego z plebanii do kościoła. Wszystkich ogarnia lęk i plac się opróżnia. Rozpierzchli się, jak stado gołębi – opowiadał śmiejąc się ksiądz Vianney. I zabawa nie odbyła się (…).Względem tych, które wobec jego rad zachowywały się opornie, ks. Vianney okazał się niezmiernie surowym. Wychodząc z zasady, że grzesznika, który żył w okazji do grzechu, rozgrzeszać wolno wtedy dopiero, gdy tej okazji się wyrzeknie, odmawiał Proboszcz z Ars, nawet za jedno uchybienie, absolucji, aż do czasu zupełnego nawrócenia. Miał do tego powody. W ten sposób wielu z jego parafian, choć nie prowadzili oni życia gorszącego, czekać musiało miesiące a nawet i lata całe, zanim ich dopuścił do Sakramentów św. Na dowód tego niech posłuży następująca rozmowa. Przez sześć lat nie przystępowałam do Komunii wielkanocnej – opowiadała w marcu 1895 r. prałatowi Convert'owi pewna staruszka. Sześć lat?!… Tak jest, od szesnastu do dwudziestu dwóch lat mego życia każdego roku chodziłam do krewnych na kiermasz w Mizerieux, gdzie krótką chwilę tańczyłam. Przez cały rok nigdzie się nie ruszałam, z wyjątkiem tego jednego dnia. W Ars od dawna już nie tańczono – było to od 1835 do 1841. – Ta jedna mała wycieczka, powtarzana z roku na rok, była powodem, że nie otrzymywałam rozgrzeszenia. A mimo to chodziliście do spowiedzi? Tak, we wszystkie wielkie święta, ale Ksiądz Proboszcz udzielał mi tylko błogosławieństwa. A co wam mówił? Jeśli się nie poprawisz, i dalej będziesz chodziła na tańce, to będziesz potępioną!… Długo się nie rozwodził. Ale ostatecznie tańczyliście pewnie i przy innych okolicznościach? Nigdy (…). Podobnie też opowiadała panna Klaudyna Treve, że dla jednego uczestnictwa w tańcach odłożył jej proboszcz z Ars rozgrzeszenie aż do święta Wniebowstąpienia. Inna niewiasta, nazwiskiem Butillon, w młodości swej kilkakrotnie zmuszona była czekać na rozgrzeszenia dwa lub trzy tygodnie, dlatego, że poszła już to na jarmark, już to na kiermasz w Montmerle. Nawet sama nie tańczyła, tylko przyglądała się tańczącym. Pewien ojciec rodziny, który nie znał jeszcze dobrze swego pasterza, zapytał się go podczas spowiedzi, czy mógłby córkę swoją zaprowadzić na tańce. Na to usłyszał krótką odpowiedź:Nie. Ale ja jej nie pozwolę tańczyć! Choć ona tańczyć nie będzie, to będzie tańczyło jej serce – odparł spowiednik.Jakkolwiek Ksiądz Vianney na niektórych punktach okazywał się mniej surowy dla obcych, niż dla własnych parafian, to jednak w kwestii tańca nigdy nie czynił żadnych różnic. Daremnie go zapewniali penitenci z wyższego towarzystwa, klęcząc u stóp jego, że pewni są siebie i zabezpieczeni od przewiny: – grzech uperfumowany nie znajdował w jego oczach łaski. Nie pozwolił uczestniczyć w żadnych balach, ani nawet zjawiać się na nich w roli zwykłego widza. Dziedzice wkrótce po przybyciu nowego proboszcza urządzili w kółku rodzinnym jedną czy dwie zabawy taneczne, ale przez szacunek dla jego zakazu niedługo podobnych zabaw zaniechano (…).
Takie były w kwestii tańca niezłomne przekonania Proboszcza z Ars. Z nadzwyczajną starannością w sprawie tego ważnego przedmiotu urabiał opinię wśród rodziców. Głęboko wpajał im to przekonanie, że winni są dzieciom miłość czułą, lecz stanowczą, dobry przykład, czujność i upomnienie. Wybryki synów i córek poczytywał im za winę (…) Wreszcie rodzice zastosowali się do rad swego pasterza.Pewnej niedzieli po nieszporach, dwie siostry, młode dziewczęta, udały się bez wiedzy swego ojca na kiermasz do Savigneux, aby tam popatrzeć na tańce, w tańcu jednak udziału nie brały. Mimo to w domu smutne było zakończenie tej wycieczki: ojciec surowo, a dotkliwie je skarcił. Jeden z synów rodziny Cinier, 20 – letni Antoni, udał się na tańce do sąsiedniej wioski. Skoro powrócił dość późno do domu, chociaż dwukrotnie pozdrawiał matkę, nie otrzymał od niej żadnej odpowiedzi. Należycie już ukarany tak niezwykle chłodnym przyjęciem, udał się na spoczynek. Ale surowej matce kara ta wydała się niedostateczną. Zastosowała więc inną… bardziej dotykalną, nie licząc się bynajmniej z latami syna. (…).
Nie bez przyczyny, drogi Czytelniku, wybrałem cytaty z kazań św. Proboszcza z Ars oraz z relacji poświęconych jego działalności, dotyczące właśnie tańców damsko-męskich. Sprawa ta, przez 25 lat zaprzątała bowiem serce i głowę św. Jana Vianneya, zaś opór jaki stawiali mu jego wierni w tej kwestii, sprawiał mu wiele bólu, smutku i przykrości. Z pewnością, cenisz sobie postać tego Świętego, jednak postawić siebie w roli parafian ks. Vianneya. Po której wówczas byłbyś stronie? Czy razem z nim płakałbyś nad tańcami i balami, czy raczej naśmiewałbyś się z niego, szydził z jego "nadmiernej surowości", uważając, że ów ksiądz wymyśla sobie sztuczne problemy, zabraniając swym owieczkom "niewinnych rozrywek"? A może poszedłbyś w swej krytyce Proboszcza z Ars, jeszcze dalej niż jemu współcześni, twierdząc, iż jego "nadmierna surowość" w sprawie tańców i balów, wynikała z de facto purytańskich i niekatolickich przekonań, a może też seksualnych zaburzeń i frustracji?
Mimo wszystko jednak, nie sądzę byś posunął się do tego typu krytyki św. Proboszcza z Ars. Zapewne, próbowałbyś ukryć – przed samym sobą i/lub innymi – swą niezgodę na jego nauczanie w kwestii mieszanych tańców za pomocą następujących stwierdzeń:
"Św. Jan Vianney miał do czynienia ze znacznie gorszymi tańcami, niż obecne". Czyżby? Jan Vianney był Proboszczem w Ars, w latach 1818 – 1859. W tamtym czasie, walc (uważany dziś za wzór eleganckiego i pełnego dobrych manier tańca) dopiero zdobywał popularność na salach balowych, zaś pozostałe kontakt pomiędzy osobami przeciwnej płci w zdecydowanej większości tańców ograniczał się do ujęcia dłoni. Czy naprawdę więc myślisz, że św. Jan Vianney w dzisiejszych czasach nie zwalczałby już tańców damsko-męskich, a więc dyskotek, dancingów, kursów tanecznych, balów czy programów w rodzaju "Taniec z gwiazdami"? Czy sądzisz, że św. Proboszcz z Ars nie miałby nic przeciw tańcom w którym półnagie niewiasty wykonują przed mężczyznami różne sugestywnie erotycznie ruchy bądź (vel "oraz") też przytulają się do nich, ściskają się z nimi lub w różny sposób obcierają się o ich ciała? Porównaj proszę, strój, ruchy i postawę ciała będące kanonem w 19-wiecznych tańcach balowych, ze strojem, ruchami, gestami i postawą ciała obecnymi w popularnych dzisiaj tańcach latynoamerykańskich czy też dyskotekach. Jak możesz zatem dalej twierdzić, iż tańce za czasów św. Proboszcza z Ars były gorsze, aniżeli tańce dzisiejsze?
"Walka św. Proboszcza z Ars z tańcami i balami, była mało znaczącym elementem jego działalności". Naprawdę? A więc, 25 lat niemal ciągłego gromienia mieszanych tańców z ambony (na 41 lat duszpasterzowania wioską Ars) jest niewiele znaczącym szczegółem w przykładzie, jaki nam katolikom, zostawił św. Jan Vianney? A więc 25 lat, wytrwałej, zorientowanej na całkowite wykorzenienie mieszanych tańców, walki tego kapłana, mało znaczy? Gdyby św. Proboszcz z Ars, nie byłby teraz w Niebie, zapewne przewracałby się w grobie, słysząc tego rodzaju podsumowania 25 lat jego walk, wylanych łez, smutków, przekonywań, próśb, wezwań i napomnień.
"Postawa św. Jana Vianneya jest tylko epizodem, w całym dziedzictwie doktrynalnym Kościoła katolickiego". Mylisz się drogi Czytelniku. Przed tańcami mieszanymi w Kościele katolickim ostrzegano ciągle, co najmniej od 2 stulecia, aż do połowy ubiegłego wieku. Nauczanie i praktyka św. Proboszcza z Ars nie była zatem żadną jego ekstrawagancją czy też specyficzną opinią teologiczną. Poza tym, nie zapominaj, że św. Jan Vianney zanim został księdzem, pobierał przez kilka lat, naukę w seminarium duchownym, gdzie przekazywano mu wiedzę odnośnie tradycyjnego nauczania Ojców, Doktorów i Świętych w tej sprawie. Św. Proboszcz z Ars nie był typem nowinkarza, buntownika czy rewolucjonisty, który nagle sobie coś wymyśla. On był skromnym, pobożnym, bogobojnym i oddanym ortodoksji katolickiej kapłanem, który pragnął przekazać swym parafianom to, czego naucza Kościół święty.
Bracie, Siostro, zdecyduj się zatem, czy naprawdę chcesz cenić postać św. Jana Vianneya? Czy też może pragniesz uczynić z niego kolejnego "kremówkowego świętego", dla którego cześć ograniczać się będzie do sentymentalnych wspomnień lub bardzo ogólnikowych wezwań do jego naśladowania (które w praktyce okazują się jednak wysoce wybiórcze)?
