Mirosław Salwowski
msza.net
Przeciwko mentalnej anarchii i upadkowi zasady szacunku wobec władzy 25.12.2014

Ogólnie rzecz biorąc rządy w większej części świata stają się coraz bardziej niechętne chrześcijaństwu. Nie jest wszak też żadną tajemnicą, iż rządy w naszym kręgu cywilizacyjnym nieraz w dużej swej części oparte są na fałszywych lub co najmniej bardzo dwuznacznych fundamentach ideowych i światopoglądowych. Przykładem takowych błędnych bądź wątpliwych zasad są np. neutralność religijna państwa; reguła mówiąca, iż to "władza pochodzi od narodu (lub od "ludu" vel "społeczeństwa"); równość przyznawana różnym religiom i kultom, zakaz "dyskryminacji ze względu na orientację seksualną". Do tego dochodzi jeszcze fakt legalizowania i/lub legitymizowania różnych nieprawości, które nauka katolicka nakazywała rządzącym zakazywać, zwalczać i karać, a więc np. aborcji, rozwodów, homoseksualizmu, cudzołóstwa, pornografii, in vitro, oraz (na razie jeszcze okazyjnego i łagodnego) represjonowania tych, którzy w imię wierności Bogu w bardziej stanowczy sposób bronią tych elementów tradycyjnej moralności, które są kwestionowane przez te przejawy zła. Nie bez znaczenia jest też zarzut nadmiernego etatyzmu współczesnych państw, mającym przejawiać się w mnożeniu tysięcy szczegółowych praw i przepisów regulujących coraz drobniejsze kwestie. To ma być z kolei zerwaniem z tradycyjnym konserwatywnym podejściem do prawodawstwa preferującym istnienie małej ilości jasnych i konkretnych praw. Poza tym można by jeszcze do owego zatrutego kociołka dorzucić odwieczne (mniej lub bardziej) uzasadnione zarzuty, które sprowadzają się do powiedzenia, iż sprawujący władzę to "banda przekupnych złodziei, którzy dbają tylko o własne stołki i trzosy". Całkiem zrozumiałe jest zatem, że w kręgach prawicy coraz mocniejsze wydają się być głosy sugerujące, iż obecne demo-liberalne rządy należy traktować w kategoriach nielegalnych uzurpatorów, wobec których nie istnieje moralna powinność okazywania im czci, szacunku i posłuszeństwa. Historia zna też przykłady konserwatywnych i kontrrewolucyjnych ruchów, które z bronią w ręku występowały przeciwko rewolucyjnie i lewicowo nastawionym rządom, co też jest ważnym źródłem inspiracji dla takowego (zakładającego brak moralnego prawa do rządzenia) podejścia do współczesnych rządzących.

W tej sytuacji warto jest powtórzyć i rozważyć główne prawdy i zasady nauczania katolickiego odnoszące się do tychże zagadnień.

Czy aby na pewno każda władza pochodzi od Boga?

Najpewniej prawie wszyscy czytelnicy kojarzą biblijne teksty o tym, że "Nie ma władzy, jak tylko od Boga, a te, które są, przez Boga są ustanowione (...) kto przeciwstawia się władzy, przeciwstawia się Bożemu postanowieniu (...)" ( Rz 13, 1 - 4). Nie ma co jednak kryć, iż jest to jeden z tych fragmentów, które są najtrudniejsze do zaakceptowania dla wielu ludzi. Gdy cytuje się wszak ten fragment apostolskiego nauczania zaraz pojawiają się (brzmiące raczej na retoryczne) pytania, w stylu: "Tak, to może władza Hitlera, Stalina czy Pol Pota też pochodziły od Boga?". Faktem jest, iż wiele rządów w historii tego świata było złych lub bardzo nieprawych i czymś trudnym do zaakceptowania wydaje się stwierdzenie, że także one dzierżyły władzę z Bożego ustanowienia. Do tego dochodzi jeszcze fakt, że początek niemałej części z konkretnie sprawujących władzę rządów był niemoralny i/lub nielegalny. Wspomnijmy choćby o rewolucjach, spiskach, skrytobójstwach, w skutek których ich inspiratorzy obalali poprzednio rządzących i sami zdobywali władzę nad danym krajem. Albo cóż można powiedzieć o wielu niesprawiedliwych podbojach i wojnach, których owocem było zastępowanie rządu danego państwa inną narzuconą z zewnątrz władzą? W obliczu tych problemów, niektórzy interpretują przytoczoną wyżej zasadę: "Każda władza pochodzi od Boga" w sposób, który odrywa go od każdorazowego personalnego jej wymiaru, a sprowadza ją jedynie do faktu ustanowienia istoty danej władzy1. Zwolennicy tej interpretacji mówią mniej więcej tak: "Każda władza pochodzi od Boga w tym sensie, iż nie ma na tym świecie społeczności, która nie potrzebowałaby by mieć nad sobą jakichś rządzących. Ale to nie znaczy, że każdy, kto sprawuje władzę nad danym krajem i daną władzą, dzierży ją z Bożego ustanowienia. Źli władcy tak naprawdę nie rządzą z Bożego namaszczenia i ogólnie rzecz biorąc należy traktować ich niczym uzurpatorów, którym nie należy się moralny obowiązek okazywania im posłuszeństwa, czci i szacunku". Do tego jeszcze dochodzą argumenty w stylu: "Skoro w demokracji uważa się, że władza pochodzi od ludu, a nie od Boga, to demokratyczne republiki same siebie w ten sposób pozbawiają prawa do rządzenia", itp. Cóż można na to odpowiedzieć? Otóż, nie jest prawdą, że względem "złych władców" (przy całej wieloznaczności takiego określenia) nie ma moralnego obowiązku okazywania im (w sensie ogólnym) czci, posłuszeństwa i szacunku.

Naucza o tym, choćby Katechizm Soboru Trydenckiego w następujących słowach:

"Bo jeżeli źli są urzędnicy albo przełożeni, nie ich się złości bojemy, ale onej mocy Boskiej, którą w nich być uważamy, tak, iż (co jest rzecz bardzo dziwna) chociażby nam nieprzyjaciółmi byli i na nas się gniewali się, chociażby najmniej litości w nich nieznać było, jednak co słuszna przyczyna nie jest, czemubyśmy z wielką pilnością im posłuszni być nie mieli, gdyż i Dawid wiele dobrego Saulowi czynił, chociaż on się gniewał, co pokazuje onemi słowy: (Psalm 119). Lecz jeżeliby co niegodziwego i złośliwego rozkazali, więc słuchani w tem być nie mają, ponieważ to nie według onej mocy swej, ale z niesprawiedliwości i z złego umysłu czynią"2.

Pouczała też o tym, tradycyjna moralistyka katolicka, czego dowód znajdziemy np. w pismach ks. Piotra Skargi:

"Nie doznana rzecz, póki chrześcijanom Pan Bóg dawał panów pogańskich, aby im się kiedy Święci Męczennicy mocą bronili, albo na ich urzędników rękę podnieśli i lud burzyli. Znali w nich z Apostołem moc i urząd Boski, i źle a niewinnie rozlewających krew ich czcili, i byli posłuszni tam, gdzie jawnego grzechu w ich rozkazaniu nie było, chociaż z największą szkodą, żalem i utratą majętności i zdrowia swego"3.

Oczywiście – jak to zostało już zaznaczone w powyższych wypowiedziach - nie należy być posłusznym tym spośród praw i poleceń takich rządzących, które w wyraźny sposób nakłaniają nas do czynienia tego co złe i nieprawe. Ale to nie jest równoznaczne z odmawianiem im szacunku i posłuszeństwa jako takiego. To rozróżnienie można zobrazować na przykładzie ojca, który w pewnych ważnych aspektów swego postępowania, postępuje bardzo źle, a mianowicie: jest pijakiem. Kiedy taki ojciec poleca swemu synowi kupić wódkę (by mógł się dalej upijać) lub razem z nim uczestniczyć w alkoholowej libacji, ten winien mu stanowczo odmówić. Ale to nie znaczy, że syn nie ma uważać w takim razie go za ojca, zwracać się do niego "per gnido", a nie "tato" albo być mu nieposłusznym, gdy ten każe mu posprzątać mieszkanie, kupić bułki bądź wynieść śmieci. Poza tym zasady posłuszeństwa i szacunku wobec rządzących tylko względem tych spośród nich, którzy są są "dobrzy", a odmawianie okazywania owych tym, którzy są "źli" albo też w inny sposób "nie nasi" (np. są zwolennikami demokracji albo historycznymi spadkobiercami dawnych rewolucyjnych ruchów, które obalały niegdyś prawowite władze) w swych praktycznych konsekwencjach mogłoby prowadzić do ogromnego chaosu i dezorientacji. Cóż bowiem oznacza, że dany władca jest "dobry" albo "zły"??? Z pewnością zastosowanie takich określeń nie może być równoznaczne ze stwierdzeniem, iż dobry rządzący podejmuje tylko dobre decyzje i wydaje tylko dobre polecenia, a władza złych w 100 procentach polega na czynieniu i promowaniu zła. Tak naprawdę coś takiego jest niemożliwe, podobnie jak niemożliwym jest istnienie człowieka, który w swym życiu czyniłby tylko zło i nigdy nie popełniłby żadnego dobrego uczynku. Z rządami jest jak z ludźmi. Jedne popełniają więcej zła niż inne, a inne popełniają więcej dobra. Ale praktycznie rzecz biorąc, nie ma i nie było takiego rządu/władzy, która promowała by tylko zło, albo, która promowała by tylko dobro. Można zatem co najwyżej mówić, iż jedni rządzący są bardziej dobrzy i prawi, a inni bardziej źli i występni. Ale niby w jaki sposób można zmierzyć stopień od którego dany władca byłby na tyle zły, by z samej zasady nie należałoby mu się posłuszeństwo i szacunek? Musiałby wydawać 10 procent, a może 20, 30, 50 czy 80 procent złych praw, poleceń i nakazów? A czy na odwrót, by uznać rządzących za "dobrych" to 80, 90 czy 99 procent ich działalności musi być sprawiedliwa, prawa i godziwa? Błędność podobnego stawiania sprawy można łatwo uświadomić sobie, gdy bliżej przyjrzymy się historycznej rzeczywistości. Otóż, nawet jeśli uznamy dzisiejsze soc-demoliberalne rządy za zasadniczo złe, dlatego, że wspierają one np. legalność aborcji czy legitymizację homoseksualizmu to warto uświadomić sobie, że wiele z tradycyjnych monarchii także sankjonowało nieraz drastyczne formy niesprawiedliwości. Co np. powiedzieć o wielowiekowym pół-kastowym systemie społecznym, gdzie możliwości przejścia z jednej grupy społecznej do drugiej były nieznaczne, zaś zgwałcenie chłopki przez szlachcica było karane grzywną zaś ten sam czyn w stosunku do szlachcianki karą śmierci? Być może ktoś w tej chwili odpowie, że daną władzę czynią złą i nielegalną fakt, że opiera się ona na fałszywych przesłankach światopoglądowych albo jest historycznym dziedzicem władzy zdobytej w zły bądź bezprawny sposób (np. w skutek rewolucji, zbrojnej a zarazem niesprawiedliwej napaści oszustwa, morderstwa, etc.). Ale i w tym wypadku chęć konsekwentnego odrzucania takich rządów praktycznie prowadziłby nas do mentalnej anarchii. Szczegółowa analiza faktycznych okoliczności objęcia władzy przez daną ekipę rządzącą mogłaby wszak nas w w łatwy sposób doprowadzić do wniosku, że nie tylko dziś, ale i dawniej zdecydowana większość władców objęła urzędy z naruszeniem tych zasad. Walka o dojście do władzy jest bowiem niemal nieustanną historią wstrętnych intryg, skrytobójstw, kłamstw, oszustw, zbrojnych agresji i rebelii i fałszywie składanych obietnic. Także kryterium światopoglądowej poprawności danego władcy (przynajmniej w kwestii pochodzenia i uprawnień rządu) może okazać się zawodne. Uznawanie ludu czy narodu jako źródła pochodzenia władzy owszem jest błędne, a nawet heretyckie. Ale czy lepsze jest twierdzenie, iż monarcha ma prawo dzierżyć niczym nieograniczoną, absolutną władzę lub też, że sam on jest osobą boską i w związku z tym należy mu się boska cześć (jak to było w przypadku pogańskich cesarzy Rzymu)??? Odpowiedzią na powyższe dylematy powinno być bliższe przyjrzenie się historycznemu kontekstowi, w którym sformułowana została biblijna nauka o tym, że każda "władza pochodzi od Boga" i że w związku z tym należy okazywać jej być podporządkowanym. Otóż Pan Jezus polecił Żydom płacić podatki władzom cesarstwa rzymskiego, zaś do rzymskiego namiestnika na Palestyną, Poncjusza Piłata rzekł: "Nie miałbyś nade mną, gdyby nie była ci ona dana z góry" (Jn. 19, 10 - 11). W ten sposób Chrystus nie tylko, że uznał powinności względem tej władzy, ale też fakt, że jest ona dzierżona nad mieszkańcami Judei z Bożego ustanowienia. A przecież była to władza obca, okupacyjna, która została zaprowadzona nad Żydami w bardzo wątpliwy, bo drogą zbrojnego najazdu sposób. Z kolei św. Paweł Apostoł, gdy pisał do chrześcijan mieszkających w Rzymie słowa o tym, że "każda władza pochodzi od Boga" władzę nad imperium rzymskim sprawował jeden z najbardziej zdeprawowanych ludzi w historii świata, a mianowicie cesarz Człowiek ten był. Uważającym się za boga, poganinem i bałwochwalcą, wrogiem i mordercą chrześcijan, kazirodcą, który zamordował własną matkę. Zresztą starożytne imperium rzymskie było znacznie gorsze od współczesnych demo-liberalnych rządów. Ówczesne władze popierały wszak kult bożków i bałwanów, przyzwalały, a nieraz wręcz wspierały wiele z form niemoralności (by wymienić tylko zabijanie małych dzieci, prostytucję, homoseksualizm, cudzołóstwo, przelewanie krwi dla rozrywki publiczności), czyniły z dużej części mieszkańców imperium niewolników zdanych na łaskę i niełaskę swych panów (przez większą część istnienia imperium niewolnik miał prawny statut rzeczy, mógł być przez swego pana okaleczony, zgwałcony, zabity bądź porzucony, gdy jego pan miał tylko na to ochotę), więziły i mordowały chrześcijan. Wiele więc wskazuje na to, że o tym, czy dana władza jest taką, której należy się szacunek i posłuszeństwo nie decyduje to, czy sprawują ją dobrzy czy źli, w jaki sposób została ona zdobyta i jakimi zasadami się ona kieruje. Należy raczej uznać, że fakt utrwalenia się danego rządu, zdolność do utrzymywania na danym terenie względnego prawa i porządku oraz brak alternatywnych struktur władzy, które taki ład mogłyby zaprowadzać świadczy o tym, iż Pan Bóg nadał takim ludziom prawo do rządzenia danym społeczeństwem. Nie oznacza to oczywiście, że Bóg aprobuje ze strony rządzących czynienie zła i niesprawiedliwości. Bóg po prostu daje danym ludziom władzę i związane z tym prawo do rządzenia danym krajem, ale ilekroć owe osoby w zły sposób ją wykorzystują jest nadużyciem przez nie tego Bożego błogosławieństwa. Nie można też mówić, że skoro władza zdobyta w niemoralny sposób się ustabilizowała to w takim razie Bóg niejako uświęcił i pobłogosławił ową wcześniejszą niegodziwość. Czy bowiem fakt, że dzieci poczęte poza małżeństwem są Bożym darem i błogosławieństwem, który należy przyjąć z miłością oraz szacunkiem oznacza, iż w ten sposób dobre i święte stają się występki w wyniku, których zostały one powołane do życia? Podobnie każdy z nas otrzymał życie od samego Boga i jako takie jest one wielkim dobrem, ale przecież nie wszyscy wykorzystujemy je w dobry i godziwy sposób. Czy to oznacza, że w takim razie Bóg popiera nasze złe czyny? Ktoś powie, że jeśli tak się sprawy mają to Polacy powinni uznać za legalną nad sobą władzę okupacyjną III Rzeszy, a działalność zbrojnego podziemia byłaby wówczas niemoralna. Otóż niekoniecznie. W wypadku np. Żydów żyjących za czasów Chrystusa stan obcego panowania trwał tam już od kilkuset lat (pod rzymską okupacją znajdowała się zaś od 63 roku przed Chr.), a królestwo Izraela nie istniało od jeszcze dłuższego czasu. Natomiast jeśli chodzi o niemiecką okupację terytoriów Rzeczpospolitej w l. 1939 – 1945 mieliśmy do czynienia z sytuacją całkowicie nową, w której wciąż trwała wojna, istniał mający swą legalną ciągłość polski rząd na emigracji, którego dodatkowo zbrojnym ramieniem na terenie kraju była Armia Krajowa. Niemal wszyscy Polacy pamiętali też wtedy doskonale czas, w którym Polska była niepodległa i nie znajdowała się pod niemiecką okupacją.

Jak daleko należy być posłusznym?

Przyjrzyjmy się teraz temu, co co nauczanie katolickie tradycyjnie mówi o tym, jak daleko należy być posłusznym prawom stanowionym przez władze cywilne? "Jeden jest tylko powód uwalniający ludzi od posłuszeństwa, mianowicie gdyby żądano od nich czegoś przeciwnego prawu naturalnemu albo Bożemu, tam bowiem, gdzie zachodzi pogwałcenie prawa natury lub woli Bożej, zarówno sam rozkaz, jak wykonanie go byłoby zbrodnią." - Leon XIII, "Diuturnum illud" "Tak, należy przestrzegać wszystkich praw, które są stanowione przez władze świeckie, zgodnie z nakazem i i przykładem, który dał nam nasz Pan Jezus Chrystus, o ile jednak nie są one sprzeczne z prawem Bożym" - Katechizm św. Piusa X4. "Jeśli sprawujący władzę ustanawiają niesprawiedliwe prawa lub podejmują działania sprzeczne z porządkiem moralnym, to rozporządzenia te nie obowiązują w sumieniu. (...)Obywatel jest zobowiązany w sumieniu do nieprzestrzegania zarządzeń władz cywilnych, gdy przepisy te są sprzeczne z wymaganiami ładu moralnego, z podstawowymi prawami osób i ze wskazaniami Ewangelii." - Katechizm bł. Jana Pawła II, n.1903, 22425. A zatem należy być posłusznym władzom cywilnym dopóty nie polecają nam one czynić czegoś co jest sprzeczne z Prawem Bożym lub naturalnym, sprawiedliwością, zasadami Ewangelii lub "podstawowymi prawami osób" (w zasadzie to ostatnie trzy z wymienionych kryteriów mieszczą się w pierwszych dwóch). Wówczas, gdy stanowione prawa i nakazy zmuszają nas do naruszania tychże przykazań i praw nie tylko możemy, ale mamy obowiązek być nieposłuszni. Ale uwaga, wedle tradycyjnej moralistyki katolickiej owe nieposłuszeństwo jest dozwolone pod warunkiem, iż realizacja danych stanowionych praw stanowiłaby naruszenie Bożych przykazań lub prawa naturalnego w sposób jasny i ewidentny. W przypadku wątpliwości, czy dane prawo ma taki charakter, należy być posłusznym władzy cywilnej. Tak naucza choćby kardynał Gousset w swym podręczniku teologii moralnej: "Na tej to zasadzie ojcowie i pasterze kościoła, ustawnie skłaniali wiernych do płacenia podatków, nauczając ich, że nie można być nigdy nieposłusznym prawom krajowym, chyba gdyby wymagały rzeczy sprzecznych z moralnością i religią, lub były oczywiście niesprawiedliwymi. Na przypadek wątpliwości, należy przechylać się na korzyść prawodawcy i oświadczyć się za prawem"6. Aby więc usprawiedliwić nieposłuszeństwo władzy i prawu stanowionemu nie wystarcza zatem tylko wątpliwość lub podejrzenie iż jest ono niesprawiedliwe czy niemoralne. Nie można też być nieposłusznym, gdy dane nakazy lub zakazy wydają się nam być zbyt uciążliwe, za daleko ingerujące w życie obywateli bądź regulujące w stopniu przesadnie szczegółowym pewne kwestie. Tu musi być jasność i ewidentność osądu i rozeznania co do określonego przepisu lub polecenia zakładająca, iż przyjmując zasady racjonalnej pewności, jego realizacja oznaczałaby pogwałcenie Bożych przykazań lub prawa naturalnego. Nie można zatem powiedzieć np. : "Ach zakaz jeżdżenia 70 km na godzinę w terenie zabudowanym za bardzo utrudnia mi życie, a więc jest niemoralny i niesprawiedliwy". Podobnie, nadużyciem byłoby handlowanie alkoholem w sytuacji obowiązującej w danym państwie prohibicji, któremu towarzyszyłoby tłumaczenie: "Zakaz handlu alkoholem uderza w moje podstawowe prawa jako osoby ludzkiej, przez co takie prawo jest niegodziwością". Nawet bowiem, jeśli określone przepisy czy zakazy faktycznie są przesadne, to nikt przy zdrowym zmysłach nie może powiedzieć, iż zakaz jeżdżenia 70 km na godzinę w terenie zabudowanym jest (zasadniczo rzecz biorąc) jawnie niesprawiedliwy, a zakaz handlu alkoholem stanowi pogwałcenie "podstawowych praw osoby ludzkiej". Podobnie jak żaden uczciwy i rozsądny człowiek nie będzie twierdził, że zakaz żucia gumy w czasie szkolnych lekcji czy choćby na terenie całej szkoły "narusza podstawowe prawa osób". Owszem, tego rodzaju prawa można krytykować, domagać się ich zniesienia czy modyfikacji, ale same z siebie ich przestrzeganie nie wiąże się z naruszeniem Bożych przykazań lub prawa naturalnego, a więc zasadniczo rzecz biorąc powinny być one przestrzegane7. A co np. z płaceniem podatków, które nieraz wydają się być za wysokie albo też część z nich idzie na finansowanie złych rzeczy (np. aborcji, zabiegów in vitro, "pro-gejowskiej" czy antychrześcijańskiej kultury i sztuki)? Rzecz jasna, gdyby uiszczenie określonych podatków czyniłoby praktycznie niemożliwym zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb życiowych (jedzenia, picia, odzienia i dachu nad głową) w ich przynajmniej skromnym wymiarze dla siebie i swej rodziny8, coś takiego takiego stanowiłoby ewidentne naruszenie co najmniej jednej z zasad prawa naturalnego (które mówi, że mamy prawo ratować swoje i czyjeś życie oraz zdrowie). Myślę też, że dozwolone by było niepłacenie podatków, gdyby jasnym było, iż ich lwia część idzie na finansowanie rozrzutnego życia elit rządzących – wówczas bowiem drastycznie naruszony zostałby podstawowy i tradycyjny sens tej daniny, jakim jest wspólne utrzymywanie instytucji i dóbr służących całemu społeczeństwu albo przynajmniej pokaźnej jej części. Ale poza tym wypadkami, nie powinno się odmawiać płacenia podatków, ceł i innych danin nałożonych przez władze cywilne, kierując się kryterium ich wysokości. Nie znaczy to, że wysokie podatki mają się nam podobać i powinniśmy je popierać. Jednak proste zestawienie typu "wysoki podatek = kradzież, a zatem coś czego nie mamy obowiązku uiszczać" nie jest słuszne w każdym wypadku. Tak naprawdę nie jest łatwe ustalenie tego od którego momentu wysokość podatków staje się niesprawiedliwa i w związku z tym trudno jest tu mówić o jednoznaczności i ewidentności negatywnej moralnej oceny danin pobieranych przez państwo, co – jeszcze raz powtarzam – jest elementem koniecznym, by móc odmówić posłuszeństwa władzy i prawu. Jeśli zaś chodzi o sprawę finansowania z pewnej części podatków różnych złych przedsięwzięć to także trudno jest tu mówić o jakiejś ewidentnie złej sytuacji. Po pierwsze mamy historyczno-biblijną analogię, a więc fakt, że w czasach Pana Jezusa i Apostołów część pobieranych przez Imperium Rzymskie pieniędzy też szła na niegodziwe cele, a mimo to Chrystus i Apostołowie nakazywali je płacić. Po drugie, praktycznie rzecz biorąc, obywatele nie mają możliwości rozdzielenia ze swych podatków tych pieniędzy, które idą na dobre lub obojętne cele od tych z nich, z których dofinansowuje się różne nieprawości9. Czasami w kontekście omawiania granic posłuszeństwa należnego władzom cywilnym pojawia się kwestia domniemanej głupoty, absurdalności i bezsensowności danych przepisów z jednoczesną sugestią, iż takowych również nie mamy obowiązku przestrzegać. Czy jest to prawidłowe podejście do sprawy? Owszem, ale tylko w wypadku, gdy owa niedorzeczność i nonsensowność jest jasna i ewidentna nie zaś wątpliwa, przypuszczalna czy też naciągana. Jeśli rzeczywiście widać w przypadku określonego prawa, iż jest ono jaskrawie głupie albo nie służy niczemu innemu jak tylko utrudnieniu bądź pognębieniu życia obywateli, to nie sądzę byśmy mieli obowiązek być posłuszni. Głupota jest bowiem moralnym złem (Mk. 7: 1,22), działania bezsensowne są sprzeczne z porządkiem naturalnym, gdzie wszystko ma swój sens i cel, a prawa mają być stanowione po to by służyły one dobru społeczeństwa, a nie jego pognębieniu. Hipotetycznym przykładem takich głupich i mających na celu tylko utrudnienie ludziom życia praw byłby np. przepis nakazujący wszystkim ojcom rodzin wyprawą na szczyt góry Mont Everest. Ale już np. nakaz przeszkolenia wojskowego dla wszystkich żywicieli rodzin choć z pewnością uciążliwy i trudny, może być raz głupi, a raz mądry, dlatego też nie można powiedzieć, że z samej zasady nie należy być mu posłusznym. W trakcie różnych dyskusji o posłuszeństwie władzy zetknąłem się też z poglądem sugerującym, iż rządzący mają prawo zakazywać tylko czynów niemoralnych ze swej istoty, a w wypadku, gdy zabraniają one czegoś np. obojętnie moralnego nie należy im się podporządkowanie, gdyż wtedy rzekomo wykraczają poza swoje kompetencje. Takie stawiania sprawy jest jednak przysłowiowym "odwracaniem kota ogonem". O ile bowiem tradycyjnie katolicka zasada mówi: "Można być nieposłusznym tylko w wypadku zmuszania nas do jawnego przekraczania Bożych przykazań lub prawa naturalnego" o tyle takie ujmowanie tej kwestii oznacza: "Mam obowiązek być posłuszny tylko wtedy, kiedy władza zakazuje mi jawnie grzeszyć". Tak formułując zasadę posłuszeństwa równie dobrze uczniowie mogliby odmawiać uległości wobec przepisów szkolnych zakazujących żucia gumy, dłubania w nosie czy rozmawiania przez telefon komórkowy czasie lekcji, bo przecież żaden z tych czynów ze swej natury nie jest grzechem. Poza tym, nie jest prawdą, że zakazywanie przez władze cywilne również pewnych zachowań, które same w sobie, nie są niemoralne, jest zawsze nadużyciem. Gdy przemawia za tym wzgląd na dobro wspólne, rządzący mają prawo zakazywać także tych z uczynków, które jako takie są moralnie obojętne. I w istocie rzeczy nieraz tak się dzieje. Przykładowo, przejście na czerwonym świetle bądź w niedozwolonym miejscu nie zawsze jest niemoralne, ale jest to prawnie zakazane, gdyż co by się stało, gdyby większość ludzi nabrała takiego zwyczaju? Podobnie, załatwienie swych potrzeb fizjologicznych w lesie nie jest samo w sobie złe, ale prawo zakazujące czegoś takiego ma celu to, by lasy nie przemieniły się w centra ścieków i kanalizacji. Głupotą jest zatem mówić, że obywatele nie są zobowiązani być posłuszni tym spośród stanowionych praw, które zabraniają czynów nie będących złymi w swej naturze i istocie.

Co to jest cześć i szacunek wobec władzy?

Czy jest przypadkiem, iż katechizmy tradycyjnie omawiają kwestię naszej postawy względem władz publicznych w rozdziałach poświęconych przykazaniu: "Czcij ojca i matkę swoją"? Prawdopodobnie niewielu zechce przyjąć to do wiadomości, ale w ten sposób Kościół sygnalizuje nam, że rządzący państwem pełnią w społeczeństwie rolę podobną co ojcowie w rodzinach i w związku z tym nasze odniesienie do nich powinno być podobne (pod pewnymi ważnymi względami, choć oczywiście nie w 100 procentach) do relacji "dzieci – rodzice". Ba, Katechizm Soboru Trydenckiego wprost nazywa rządzących społeczeństwami mianem "ojców": "Nadto i onych też ojcami zowią, którym przełożeństwa, albo urzędu, lub zwierzchności jakiej powierzono, i którzy pospolitą rzecz sprawujący"10. Podobnie zatem jak czcimy i szanujemy swych rodziców, tak też powinniśmy okazywać cześć i szacunek rządzącym. Pismo święte mówi wszak: "Wszystkich szanujcie, braci miłujcie, Boga się bójcie, czcijcie króla!" (1 Piotr 2, 17). Rzecz jasna nie oznacza to bezkrytycznego podchodzenia do danych rządów, bo takowe nieraz zasługuję na surową krytykę. W istocie rzeczy wiele z gromkich napomnień proroków Starego Testamentu przeciw nieprawościom odnosiło się do tych czynionych przez rządzących. Ponadto władający społeczeństwami będą surowiej sądzeni przez Boga, jako że posiadają w związku z tym wielką odpowiedzialność.

Co oznacza zatem cześć i szacunek wobec władzy praktycznie i bardziej konkretnie rzecz biorąc?

Po pierwsze: powinniśmy modlić się za rządzących. Taka jest wszak nauka apostolska i odwieczna praktyka Kościoła11: "Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za wszystkich ludzi: za królów i za wszystkich sprawujących władze, abyśmy mogli prowadzić życie ciche i spokojne z całą pobożnością i godnością. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga" (1 Tym 2, 1-3).

Po drugie: mamy być posłuszni rządzącym (na czym to polega zostało wyjaśnione powyżej).

Po trzecie: powinniśmy wobec rządzących stosować należne im tytuły oraz honory (chyba, że te przekraczałyby oznaki czci przynależnej ludziom i zaczęły by przypominać kult należny samemu tylko Bogu). A zatem, jeśli ktoś jest prezydentem to należy do niego zwracać się "per prezydent", a nie "per namiestnik", "Komorra", "Komoruski"; premier rządu to zaś "premier" a nie "Thusk", "Tfuks" czy "Hoży Ryży". Miejsce portretów prezydenta jest też na wyróżnionych miejscach w urzędach, a nie w Internecie jako strzelnica do rzucania fekaliami, etc.

Po czwarte: rządzący są naszymi bliźnimi i wobec nich obowiązują takie same standardy moralne jak wobec innych ludzi. A zatem, należy krytykować zło przez nich czynione, ale to nie znaczy, że mamy prawo rozpowszechniać o nich oszczerstwa, kalumnie, lekkomyślne pochopne sądy, albo też wyolbrzymiać ich nieprawości do nierzeczywistych, monstrualnych rozmiarów, itp. Jeśli np. wiesz o kimś, że jest drobnym złodziejaszkiem, to mów o tym, że dokonuje drobnych kradzieży, a nie od razu, że napada na banki, morduje staruszki, a prawdopodobnie gwałci też dzieci. Po piąte: mamy okazywać rządzącym wdzięczność i życzliwości – oczywiście stosownie i proporcjonalnie do ich zasług (patrz: Katechizm bł. Jana Pawła II, n. 1900)12.

Czy istnieje prawo rokoszu?

W związku z możliwością nieposłuszeństwa władzy cywilnej powstaje pytanie odnośnie formy w jakiej miałoby się ono przejawiać. Czy jest moralnie dozwolone, by w pewnych wypadkach wypowiedzenie nieposłuszeństwa miało charakter zbrojnej rebelii skierowanej przeciwko rządzącym? Choć upodobanie do siłowego obalania (bądź ich prób) nielubianych przez siebie władz, powinno się wydawać domeną raczej lewicowców wierzących, iż władza pochodzi nie od Boga lecz od ludu, a zatem domniemanej "woli ludu" można zastąpić jednych rządzących innymi, nie wyłączając użycia przy tym zbrojnej przemocy, jeśli będzie to wskazane – sympatia dla takowych rozwiązań wydaje się być dość silna też dla prawicy. Nie jest to zbyt dziwne, gdy zważy się na fakt, że rządy w naszym kręgu cywilizacyjnym coraz częściej przejawiają lewicowe sympatie, zaś na płaszczyźnie historycznej można by wymienić niemało przykładów zbrojnych wystąpień przeciwko władzy o charakterze konserwatywnym, by wspomnieć choćby o powstaniu w Wandei, hiszpańskich karlistach, meksykańskich "Cristeros", krucjacie gen. Franco w Hiszpanii, francuskiej OAS czy też naszym zbrojnym antykomunistycznym podziemiu z lat 1945 – 1953. I tym razem jednak muszę zmartwić pewne "gorące głowy", a marzące o zbrojnym obalaniu "reżimu Tuska" głowy na prawicy. Podstawową formą oporu wobec niesprawiedliwych praw i rządów nie jest podnoszenie miecza, ale tzw. bierny opór przejawiający się w niewykonowaniu grzesznych poleceń, modlitwie za złą władzę, krytyce złych poczynań rządzących oraz ewentualnej ucieczce przed prześladowaniami. Jednak wszczynanie powstań z użyciem siły i przemocy jest moralnie dopuszczalne jedynie w przypadku zaistnienia w danym państwie oczywistego przypadku tyranii i nawet wtedy by móc zbrojnie obalać taką władzę trzeba jeszcze spełnić równocześnie kilka surowych warunków. Co jednak w praktyce można nazwać mianem "tyrańskich rządów" (czyli tych, które można obalać za pomocą "miecza")?

Co to jest "tyrania"?

By odpowiedzieć na to pytanie, przyjrzyjmy się wpierw przykładom zbrojnego oporu przeciw władzy podanym w Biblii, które najwidoczniej zostały pobłogosławione przez Boga. Jest to o tyle ważne, że prawie wszystkie bunty przeciw rządzącym zostały w Piśmie świętym wprost albo przynajmniej pośrednio napiętnowane. Dotyczy to także podnoszenia miecza przeciw złym rządzącym, czego przykładem jest choćby postawa Dawida, który nie ważył się zabić prześladującego go Saula, twierdząc, iż nie godzi się podnosić ręki na tego, którego Bóg wyznaczył królem nad Izraelem. W Biblii są jednak dwa przypadki zaaprobowanego przez Boga zbrojnego powstania przeciw władzy. Pierwszy z nich to obalenie niegodziwej królowej Atalii. W tym wypadku mieliśmy do czynienia z rozkazem zabicia owej władczyni pochodzącym od Bożego sługi i pobłogosławionym przez Boże Słowo (2 Krn 23, 14). Drugie z powstań, które jak na to wszystko wskazuje - było błogosławione przez Boga - zostało opisane w księgach machabejskich. Polegało ono na zbrojnym wystąpieniu Machabeuszy przeciw despotycznej władzy Antiocha IV, którzy za pomocą przymusu i przemocy próbowali zwalczać wiarę Mojżeszową. Za rządów tego człowieka śmiercią karane było obrzezywanie niemowląt, przestrzeganie szabatu oraz posiadanie świętych Ksiąg Prawa. Antioch IV nakazywał też żydom uczestniczenie w pogańskich obrzędach, w których dodatkowo najczęściej składano ofiarę ze świń (i z których mięso miało być spożywane w ramach tych rytuałów). Do tego dochodziło jeszcze ustawianie posągów bożków wszędzie gdzie to było możliwe i popieranie przez owe władze sakralnej prostytucji. Rządy Antiocha IV faktycznie więc delegalizowały wyznawanie i praktykowanie objawionej wówczas przez prawdziwego Boga religii i za pomocą represji próbowały zmusić wszystkich żydów do przyjęcia pogaństwa i niemoralności. Drugie ważne źródłem w próbie zdefiniowania tego, czym jest "tyrania" stanowi nauczanie św. Tomasza z Akwinu. Ten wielki teolog katolicki dość obszernie w swych dziełach charakteryzował na czym owa zdegenerowana forma rządów ma polegać. Tak też Akwinata pisał m.in. tak: "Jeżeli więc niesprawiedliwe rządy są sprawowane przez jednego tylko, który w nich szuka swojej korzyści, a nie dla dobra poddanej sobie społeczności, taki władca nazywa się tyranem"13 . Pośród innych cech tyranii św. Tomasz z Akwinu wymieniał też: "całym wysiłkiem stara się on o to, aby poddani się go bali"14 ; "uciskanie poddanych w różnoraki sposób"15; staranie się o to, aby poddanie nie stali się cnotliwymi, gdyż pod rządami tyrańskimi "bardziej podejrzani są dobrzy niż źli"16; sianie niezgody wśród poddanych i celowe podtrzymywanie istniejących konfliktów; zakazywanie "tego, co łączy ludzi, na przykład małżeństw i zebrań oraz tym podobnych rzeczy, dzięki którym rodzi się wśród ludzi zażyłość i zaufanie"17; "(wysilanie się) aby poddani nie stali się silni i bogaci"18. Popatrzmy wreszcie, jak definiuje tyranię bardziej oficjalne nauczanie Kościoła. W instrukcji Kongregacji Nauki Wiary "Libertatis conscientia" z 22 marca 1986 roku czytamy, iż walka zbrojna przeciw niesprawiedliwej władzy jest "ostatecznym środkiem, by położyć kres oczywistej i długotrwałej tyranii poważnie naruszającej podstawowe prawa osoby i niebezpiecznie szkodliwej dla wspólnego dobra kraju"19. Czy demoliberalne rządy są tyrańskie? Zastanówmy się zatem teraz, czy aby na pewno w historii tego świata mieliśmy często do czynienia z tyrańskimi rządami? Nawet zakładając, iż by mówić o tyranii wystarcza spełnienie tylko części, nie zaś wszystkich z przywołanych wyżej kryteriów to sądzę, że w istocie rzeczy rzadko ten świat widział tyrańskie rządy. Owszem wiele narodów było i jest rządzonych przez władze kierujące się niemałej części fałszywym światopoglądem i wydające częściowo złe i niesprawiedliwe prawa oraz decyzje. Ale to nie wystarcza jeszcze, by nazwać takie rządy "tyrańskimi". Tyranią bowiem są rządy motywowane w skrajnie egoistyczny sposób (dbanie "tylko" o swoje prywatne dobro bez wglądu na dobro wspólne) oraz nie tylko zezwalające i wspierające różne formy zła, ale też narzucające w brutalny sposób nieprawości całej społeczności (np. poprzez zakazywanie czynienia dobra, drastyczne represje względem ludzi cnotliwych). Dlatego też nie zgadzam się z opinią, jakoby współczesne demoliberalne rządy były przykładem nowoczesnej tyranii. Choć bowiem owszem, nieraz decyzje przez nie podejmowane służą bardziej interesom wpływowych, ale małych grup (np. banków, korporacji, elitom politycznym), aniżeli dobru wspólnemu, to przecież nie można tego powiedzieć, iż dokładnie wszystkie z nich, czy choćby ogromna większość była motywowana w ten sposób. Ciągle wszak wiele ze stanowionych praw ma służyć dobru całego społeczeństwa, a nawet te z decyzji rządzących, w których widać wpływ interesów jakiejś małej grupy czasami mimo to służą też wielu innym ludziom. Przykładem tego może być choćby prawo nakazujące montowanie w samochodach specjalnych fotelików dla dzieci. Mówi się, iż ten przepis był podyktowany interesem jednej z firm masowo produkującej takowe foteliki. Ale z drugiej strony – nawet, gdyby rzeczywiście tak było – to trudno zaprzeczyć temu, iż taki prawny nakaz mógł ocalić zdrowie i życie tysięcy małych dzieci. Demoliberalne rządy owszem zezwalają też, a nawet wspierają różne formy nieprawości, ale nie można jeszcze mówić o brutalnych, krwawych i drastycznych represjach przez nie inspirowanych wymierzonych w ludzi cnotliwych. Warto przy tym zauważyć, że w kontekście rządów, które pod niejednym względem było znacznie bardziej złe, a nawet o wiele łatwiej można by je oskarżyć o cechy tyrańskie niż współczesne demoliberalizmy, a więc starożytnego Imperium Rzymskiego, Magisterium Kościoła za wzór stawiało tych chrześcijan, którzy nie podnosili przeciw ówczesnym władzom miecza, mimo, że byli przez nie prześladowani. Pisze o tym choćby papież Leon XIII w encyklice "Diuturnum illud": "Inna sprawa była, gdy cesarze przez swoje dekrety lub pretorzy przez swoje groźby chcieli ich zmusić do sprzeniewierzenia się wierze chrześcijańskiej lub innym obowiązkom: w takich chwilach woleli zaiste odmówić posłuszeństwa ludziom niż Bogu. Wszakże i w podobnych okolicznościach dalecy byli od tego, aby jakikolwiek wszczynać bunt i majestat cesarski obrażać, a jednego tylko żądali, aby wolno im było swoją wiarę otwarcie wyznawać i być jej niezachwianie wiernymi. Poza tym nie myśleli o żadnym buncie, a na tortury szli tak spokojnie i ochoczo, że wielkość ich ducha brała górę nad wielkością zadawanych im mąk". Pora zatem skończyć z tą całą mentalną anarchią tyle, że w prawicowym wydaniu. Chrześcijanie mają być znani raczej z tego, że są przykładnymi i lojalnymi obywatelami, a nie rewolucjonistami, rebeliantami czy spiskowcami knującymi powstanie. My nie mamy szukać tylko okazji i byle lepszej wymówki by być nieposłuszni władzy i prawu, mówiąc np. że "nie będziemy słuchać się masońskich państw", ale póki nie jesteśmy zmuszani do czegoś co jest jawnie nieprawością, mamy być posłuszni.

1Jakkolwiek teza, iż Pan Bóg każdorazowo w bezpośrednim tego słowa znaczeniu powołuje poszczególne osoby do sprawowania władzy, wydaje się być zbyt daleko idąca, można jednak założyć, że fakt ukonstytuowania się i utrwalenia ekipy rządzącej danym krajem jest znakiem tego, iż Stwórca dał jej moralne prawo do rządzenia daną społecznością (czego nie należy jednak mylić z moralną aprobatą wszystkiego co w ramach danych rządów owi sprawujący władzę ludzie będą czynić). Całkowite zaś odrywanie instytucji władzy od osób ją sprawujących wydaje się być sprzeczne z niektórymi wypowiedziami Pisma św. oraz Ojców Kościoła. Przykładowo, Mądrość Syracha naucza: "Na czele każdego narodu Bóg postawił przywódcę" (tamże: 17, 4) zaś św. Grzegorz Wielki pisze: "Wyznajemy, że cesarzom i królom władza dana jest z Nieba" (Epist. Lib. II ). Mowa jest tu zatem nie tylko o władzy jako takiej, ale o osobach ją sprawujących: "przywódcy", "cesarze", "królowie".
2Cytat za: "Katechizm Rzymski", Jasło 1866, s. 399.
3Cytat za: Ks. Piotr Skarga, "Żywoty Świętych Starego i Nowego Zakonu", tom II, Petersburg 1862, s. 206.
4 Patrz: "Katechizm św. Piusa X. Vademecum katolika", Sandomierz 2006, s. 100.
5 Patrz: "Katechizm Kościoła Katolickiego", Poznań 2002, s. 452, 520 – 521.
6Patrz: Kardynał Gousset, "Teologia moralna dla użytku plebanów i spowiedników", Warszawa 1858, s. 61.
7Oczywiście używam tu sformułowania: "zasadniczo rzecz biorąc", gdyż w pewnych określonych, ale raczej praktycznie bardzo rzadko zdarzających się sytuacjach, przestrzeganie przepisów ruchu drogowego może stanowić jawny grzech, np. gdyby ktoś widząc dziecko w niebezpieczeństwie rozjechania przez samochód nie wbiegł na jezdnię tłumacząc się, że "przecież musiałby wbiec na ulicą na czerwonym świetle".
8Pismo święte zachęca do skromnego życia: "Mając natomiast żywność i odzienie, i dach nad głową, bądźmy z tego zadowoleni!" (1 Tym 6, 8 – 10). A zatem trudno jest usprawiedliwiać niepłacenie podatków twierdzeniami w stylu: "Gdybym płacił wszystkie podatki nie stać by mnie było na budowę większego domu" albo "Mam prawo codziennie jeść pieczone kurczaki, a więc będę uchylał się od płacenia podatków".
9 Więcej na temat różnych zagadnień związanych z moralnością płacenia podatków w tekście mego autorstwa pt. "Czy płacić podatki?": http://www.konserwatyzm.pl/artykul/218/czy-placic-podatki
10Cytat za: "Katechizm Rzymski", jw., s. 395.
11Pierwsza kościelna modlitwa za rządzących powstała już pod koniec I wieku po Chrystusie, a jej autorem jest św. Klemens Rzymski. Treść tej modlitwy jest przytaczana m.in. w punkcie numer 1900 Katechizmu bł. Jana Pawła II.
12Patrz: "Katechizm Kościoła Katolickiego", jw., s. 451.
13Cytat za: Artur Andrzejuk, "Władza według św. Tomasza z Akwinu (1)", http://www.tomizm.pl/?q=node/27, data wejścia 06. 02. 2013.
14Cytat za: Artur Andrzejuk, jw.
15Cytat za: Ks. Karl Stehlin, "Nauka o państwie św. Tomasza z Akwinu a Unia Europejska", Zawsze Wierni, nr 52/ 2003, s. 13.
16Cytat za: jw., s. 13.
17Cytat za: jw., s. 13.
18Cytat za: jw., s. 13 – 14.

19Cytat za: "W trosce o pełnię wiary. Dokumenty Kongregacji Nauki Wiary 1966 - 1994", Tarnów 1995, s. 274.

do góry